Witajcie!
Czy to my w poprzedniej relacji narzekaliśmy na naszego jeepa? Jeśli tak, to była to z naszej strony niegodziwość:) Właśnie wróciliśmy z tygodniowej wyprawy po Kazachstanie. Przejechaliśmy ponad 3 tysiące kilometrów i jeep nawet tego nie zauważył. Sprawdził się zarówno jako środek lokomocji, jak i hotel, chociaż - przyznajmy - mocno niedogrzany hotel:) Kiedy nad ranem temperatura na stepie spadała do zera, w środku było niewiele cieplej. Nawet w naszych wypasionych śpiworach - pamiętasz Bors jak dzięki Twojej karcie Euro26 dostałem 5% zniżki na swojego Campusa?:) - było bardzo zimno. Ale spanie w samochodzie było najtańszym wariantem i dlatego o innym nie mogło być mowy:) Ale po kolei...
Ruszyliśmy w poprzednią środę (30.IV) około 14. Późno. Wszystko dlatego, że nie byliśmy pewni samochodu (który się nieustannie grzał) i do końca trwały testy. Po tym jak od nowa ustawiono nam zapłon postanowiliśmy zaryzykować i wyjechać. Na początku temperatura była wysoka (ale akceptowalna), a potem wszystko się już dotarło i do końca wyjazdu samochód nie sprawiał problemów. Ale przez to wszystko nie było mowy o tym, żeby wieczorem być w Karagandzie i noc musieliśmy spędzić na stepie (do Karagandy było 1000km, a my zatrzymaliśmy się w Bałhasze czyli jakieś 400km przed Karagandą). Po drodze jedyną przygodą było kończące się paliwo. Liczyliśmy, że zatankujemy po drodze, ale na jedynej stacji nie było prądu i trzeba było jechać do następnej (jakieś 100km dalej). Jak do niej dojechaliśmy, to w baku pozostały już chyba tylko opary. Na rezerwie jechaliśmy jakieś 70km:) Trochę mieliśmy stracha, bo jakby nam paliwo skończyło się po środku stepu, to byłby problem. Oczywiście zawsze można dojechać do najbliższej stacji na stopie, nabrać w butelkę po wodzie benzyny i wrócić stopem do samochodu, ale w warunkach stepu zajęłoby nam to wiele godzin. Krótko mówiąc mieliśmy szczęście:)
Do Karagandy dobrnęliśmy około 14 w czwartek. Od razu tego samego dnia postanowiliśmy jechać dalej - do Szortand, do znajomego księdza, którego spotkaliśmy w pociągu jadąc, jeszcze we wrześniu, z Warszawy do Kazachstanu. Ponieważ wiemy, że czasami zagląda na naszą stronę, to z tego miejsca serdecznie go pozdrawiamy i dziękujemy za gościnę! U księdza Grzegorza spędziliśmy piątek (w tym czasie obejrzeliśmy same Szortandy - około 6-tysięczne miasteczko i pobliskie wsie m.in. Nowokubankę), a w sobotę około 16 wróciliśmy do Karagandy. Dla fanów prezydenta Kaczyńskiego - a jest ich na pewno trochę wśród naszych czytelników:) - informacja, że dwa lata temu w Szortandach nasz prezydent przyjechał z wizytą do mieszkających tu Polaków, a w Nowokubance znajduje się tabernakulum, które prezydent podarował miejscowej Polonii w czasie wizyty. Krótki pobyt w Szortandach należał do bardzo miłych: zarówno ze względu na osoby gospodarzy:) (ks. Grzegorza i Romka) oraz ze względu na same Szortandy, które okazały się miejscem cichym i przyjemnym. A wokół kościoła był piękny, zielony ogród - rzecz w krajobrazie stepowy prawie niespotykana. Poczuliśmy się trochę jak w Polsce:)
W sobotę zostalismy już jednak sprowadzeni na ziemię. Karaganda to milionowe, przemysłowe miasto położone na stepie. Brzydkie, biedne, z fatalnymi drogami, typowo sowieckie. Najbardziej przygnębiające wrażenie robią kominy fabryk i kopalni, z których wydobywa się przeraźliwie czarny dym. Nikt tu nie dba o ekologie, zresztą nikt też nie dba o bezpieczeństwo górników. Jak już zdarza się awaria (a zdarza się często), od razu ginie kilkadziesiąt osób. Z drugiej strony Karaganda to bardzo serdeczni ludzie (żyje tu zdecydowanie więcej Rosjan niż w Ałmacie, choć Kazachowie mimo wszystko przeważają). Zatrzymaliśmy się u ojca Hansa na plebani. Ojciec Hans okazał się bardzo przyjemnym Bawarczykiem pracującym w Kazachstanie dopiero drugi rok. Przyjął nas bardzo serdecznie i dobrze karmił:) Zresztą do jedzenia mieliśmy wyjątkowe szczęście - w każdym kościele, do którego zaglądaliśmy czymś nas częstowano. W skrajnym przypadku jednego dnia zjedliśmy śniadanie, 3 obiady i 2 kolacje:) Próbowaliśmy się odwdzięczać i przy okazji jak oglądaliśmy okolicę Karagandy rozwoziliśmy też kościelną prasę.
W sobotni wieczór spotkaliśmy się z Bartkiem - jednym z jedenaściorga dzieci rodziny Jurczyków, Polaków mieszkających od 13 lat w Kazachstanie. Jurczykowie przyjechali do Karagandy w 1995 roku, jako rodzina posłana na misję do wspólnot neokatehumenalnych, które od prawie 15 lat istnieją w tutejszym kościele. Niestety, początkowo bardzo dobra współpraca z miejscowymi biskupami z biegiem czasu zaczęła się troszeczkę komplikować, ale wspólnoty istnieją i co ważne są zakładane nowe. I miło jest 6 tysięcy kilometrów od domu spotkać braci :). W sobotę wieczorem byliśmy na Liturgii Słowa we wspólnocie Bartka i Ester (ta skolei jest Włoszką - też z rodziny misyjnej posłanej z Włoch 13 lat temu). I było nam bardzo miło śpiewać po rosyjsku neo-pieśni i klaskać w rytm neo-szlagierów :).
Na niedzielę byliśmy zaproszeni na jutrznię do wspólnoty, odśpiewaliśmy psalmy i wybraliśmy się na Mszę do kościoła. Okazało się, że Mszę będzie odprawiał abp. Jan Paweł Lenga. Ukrainiec, który urodził się w Kazachstanie. Bardzo, bardzo sympatyczny i dobry dziadek. Ale...przecieraliśmy oczy ze zdziwienia patrząc na zegarki - Msza zaczęła się o 11, a skończyła dobrych kilka minut po 13. Kazanie biskupa - zaawansowane 50 minut :). Biskup przytulony do pastorału na długo pozostanie w naszej pamięci. A kazanie - o rybałce, telewizji, kilka pytań do zgromadzonych babuszek, a wszystko to z pobożnymi odnoszeniami.
Ostatniego dnia pobytu na północy zobaczyliśmy Dolinkę. Dziś jest to mała miejscowość, kiedyś jeden z ośrodków Karłagu. Karłag to natomiast jeden z większych łagrów w całym ZSRR (stolicą była Karaganda). Według Sołżenicyna zginęło w nim blisko 1,5 miliona ludzi! Umierali z głodu, zimna lub przemęczenia. Pracowali na budowach (budowali Karagandę) lub w pobliskich kopalniach. W samej Dolince znajduje się muzeum upamiętniające ludzi, którzy zginęli w Karłagu (całkiem nowoczesne jak na warunki byłego ZSRR), cmentarz (na którym leżą głównie niemowlęta i księża, którzy w czasach Karłagu próbowali posługiwać deportowanym tu więźniom) oraz budynek, w którym znajdowało się dowództwo Karłagu. Budynek dziś jest jeszcze w opłakanym stanie, ale są plany żeby właśnie tam przenieść za kilka lat muzeum. Oprócz tego, że pobyt w Dolince nie pozostawia nikogo obojętnym, duże wrażenie zrobiła na nas pani przewodnik. Samo muzeum i okolice zwiedzaliśmy bowiem z wycieczką z pobliskiej szkoły, a pani przewodnik mówiła śmiało o tym, że ZSRR był systemem zbrodniczym czy o tym, że zbrodni katyńskiej dokonali Rosjanie. W Polsce wszyscy to wiedzą, ale tu, nawet we współczesnych podręcznikach są to tematy tabu. Nikt już oczywiście nie mówi o tym, że Katyń przygotowali Niemcy, a po prostu sprawę się przemilcza. O czasach ZSRR mówi się raczej pozytywnie jako o okresie kiedy Rosjanie/Kazachowie decydowali o losach świata. Za tą mocarstwowością czasów komunizmu bardzo się tu tęskni. Najlepszym dowodem będzie jutrzejszy dzień (9 maja to tu koniec 2 wojny światowej tzw. dzień pobiedy) gdy na ulice Ałmaty wyjadą czołgi, będę odbywać się defilady, a ulice zapełnią się kombatantami tonącymi w orderach.
Tymczasem my w poniedziałek ruszyliśmy z powrotem do Ałmaty. Po drodze zobaczyliśmy Sspask, gdzie znajduje się ogromny cmentarz tych, którzy zginęli deportowani do Kazachstanu w czasie wojny. Są też pomniki upamiętniające wszystkie narodowości, których przedstawicieli przywieziono na okołokaragandyński step (jest oczywiście także polski pomnik). A we wtorek wieczorem ponownie zawitaliśmy do Ałmaty!
Jak się okazało była to ostatnia daleka podróż naszym dżipem. Po niej trzeba zmienić amortyzator, drążek kierowniczy i jeszcze kilka innych rzeczy. W sumie naprawa nam się nie opłaca i zdecydowaliśmy, że sprzedamy samochód w takim stanie w jakim jest, a na kolejną wyprawę pojedziemy pociągiem (tym bardziej, że tam gdzie jedziemy drogi są w fatalnym stanie). Tak więc wszystkich ludzi,którym dobrze życzymy ostrzegamy: uważajcie na czerwoną Corollę z kierownicą po prawej stronie! Pod żadnym pozorem jej nie kupujcie - to worek bez dna:) A Corolli za wspólnie spędzone w Kazachstanie dni dziękujemy:)
Pozdrawiamy Was z upalnej Ałmaty!!!
Piotrek, Tomek 08.05.2008r.
P.S. Wkrótce wrzucimy jakieś zdjęcia z wyprawy.