Podróż Warszawa - Ałmaty

31 sierpnia byliśmy już pewni - tym razem musi sie udać. Mieliśmy wreszcie upragniona wizę i wykupione bilety. Czas był najwyższy - rok akademicki w Kazachstanie zaczyna sie 1 września, a pociąg jedzie do Ałmaty 6 dni. Oznaczało to, ze pojawimy sie na uniwersytecie z mniej więcej tygodniowym poślizgiem. Takie życie... W sobotę wieczorem (1.IX) z uśmiechem na twarzy (i trochę wzruszeni, ze tak dużo osób przyszło nas pożegnać - dzięki!!!) wsiedliśmy do pociągu relacji Warszawa - Astana. Z przerażeniem stwierdziliśmy, ze nikt w wagonie nie ma tyle bagażu co my. No prawie nikt... Znalazło sie jeszcze dwóch takich magików. Każdy z nich był wyposażony w plecak, dwie walizki, i kilka podręcznych reklamówek z jedzeniem i książkami na drogę. Co więcej wszyscy czterej trafiliśmy do jednego przedziału. Od tej pory, przez najbliższe cztery dni musieliśmy wybierać: albo leżenie w kuszetkach i zatarasowane wejście do przedziału, albo kuszetki zawalone walizkami, ale za to można wyjść z przedziału na korytarz. Po szybkim zapoznaniu, okazało sie, ze towarzysze naszej podroży to księża. Obaj uznaliśmy to za dobry znak, zwłaszcza, ze w sąsiednim przedziale obczailiśmy 3 zakonnice. Nic już nam nie było straszne, bośmy przecież wśród swoich. Po jakichś 30 minutach upychania bagażów po kątach, kiedy myśleliśmy, ze już wszystkie przygody za nami i możemy spokojnie zabrać sie do jedzenia kolacji, zajrzał do naszego przedziału jeden z dwóch prowaditieli. Ostrzegano nas, ze na Wschodzie nie wiele może sie udać bez łapówek, no ale nie spodziewaliśmy sie, ze Wschód zaczyna sie po drugiej stronie Wisły:) Ledwo opuściliśmy Warszawę, a jeden z kazachskich kierowników pociągu zażądał od nas, choć tak tego nie nazwał, łapówki. Chodziło o bagatela 100 dolarów. Inaczej miały nam grozić rożne nieprzyjemności na granicach, a zwłaszcza w Rosji. Po krótkich negocjacjach zbiliśmy cenę do 20 dolarów od łebka w zamian za gwarancje spokoju na wszystkich 8 przejściach granicznych. Tak doradziły nam zakonnice, które co roku jeżdżą na trasie Astana-Warszawa. Po prostu prowadnicy znają pograniczników i mogą im wskazać, który przedział należałoby skontrolować dokładnie, a który zostawić w spokoju. W każdym razie tak sobie wyobrażamy ten mechanizm.

Księża okazali sie dla nas wprost idealnymi kompanami - apetyt, miłość do spania i absolutna nieznajomość ruskiego czyli nasze lustrzane odbicia. W przedziale dozo sie jadło, pilo i modliło. Czyli wsio normalno:) A tak swoja droga to z tym "wsio normalno" tez było śmiesznie. Często pytano nas po drodze czy u nas wsio normalno, czy pociąg normalny, czy dziewczyny w Kazachstanie normalne itp.? Wietrzyliśmy w tym jakiś azjatycki kompleks wobec Europy. Wydawało nam sie, ze zadający takie pytania zadają od nas certyfikatu normalności dla tego, co zastaliśmy w Kazachstanie, ze chcą usłyszeć, ze u nich wszystko taki same (czyli tak samo dobre) jak w Europie. Dopiero potem sprawdziliśmy w słowniku, ze zwrot "wsio normalno" oznacza "wszystko w porządku" i pytanie czy pociąg normalny było wyrazem życzliwości ze strony kierownika pociągu, który pytla czy niczego nam nie brakuje. Powyższy pasus dedykujemy oczywiście Marysi Werner:)

Dni mijały nam bardzo szybko - na spaniu, jedzeniu (mieliśmy mała, turystyczna kuchenkę gazowa - zamykaliśmy sie w przedziale i gotowaliśmy sobie a to gołąbki, a to klopsiki, a to jakiś pyszny gulasz), brewiarzu, czytaniu książek i codziennych Mszach Świętych. Zaprzyjaźniliśmy sie z naszym dewo-towarzystwem i to chyba dzięki niemu podróż wspominamy jako bardzo, ale to bardzo przyjemna i wesoła.

Zgodnie z obietnica prowaditiela nie mieliśmy zdanych problemów na przejściach granicznych; no może poza małymi lapsusami natury językowej. Ale o tym, ze gdy na granicy Rosjanie pytali nas o wieści pokazywaliśmy gazety zamiast rzeczy osobistych, nikt chyba długo nie będzie pamiętał:) To nie nasza wina, ze po rusku i po polsku te same słowa nie znaczą tego samego:)

Jechał z nami ks. Grzegorz - ksiądz z diecezji poznańskiej. W maju pojawiła sie w jego sercu myśl o tym, żeby pojechać na Wschód na misje. Liczył na to, ze najpierw na rok trafi do warszawy, do ośrodka przygotowującego do wyjazdu misyjnego i wyjedzie gdy pozna już język i realia życia w Kazachstanie. Ale astański biskup - wobec deficytu kapłanów w Kazachstanie- uznał, że nie można zwlekać i wysłał ks. Grzegorza od razu do pracy w kazachskiej parafii. Drugim znajomym z przedziału był o. Marcin, Chrystusowiec ze Szczecina. Jechał na 3 lata do Czkalowa wymienić swojego współbrata . Oprócz tego w pociągu jechały z nami trzy zakonnice. Miedzy innymi karmelitanka Dorota. W tej chwili w Kazachstanie żyją 4 siostry karmelitanki. Przymierzają sie one do założenia klasztoru na północy Kazachstanu w Oziornem (największe katolickie sanktuarium w Kazachstanie - Matki Bożej Królowej Pokoju). Do czasu pobudowania klasztoru siostry te żyją oczywiście w klauzurze. Do Oziornego jechała tez s. Lidia - służebniczka. A trzecia siostra - Paschalia - towarzyszyła ks. Marcinowi do Czkalowa. Jak tak patrzy sie na cala piątkę, na to, ze zostawili cieple posadki w Polsce i zamienili je na prace wśród ubogich na stepie, to na prawdę nabiera sie przekonania, ze z tym chrześcijaństwem to musi być prawda. Dlatego podróż była tez dla nas duża lekcja wiary.

No i wreszcie w środę wieczorem, po czterech dniach jazdy, wylądowaliśmy na dworcu kolejowym w Astanie. Żeby nie było nam za dobrze, pociąg do Ałmaty mieliśmy dopiero za kilkanaście godzin. Czekała nas noc w stolicy Kazachstanu. Skazani byliśmy na pobliski hotel. Co gorsza okazał sie on dużo droższy niż zapowiadał przewodnik Lonely Planet. Tak czy inaczej nie mieliśmy wyboru - wybraliśmy najtańszy, pięcioosobowy pokój. Nad ranem okazało sie, ze noc spędziliśmy w towarzystwie 2 Polaków - ojca z synem - którzy od 3 tygodni podróżują po Wschodzie. Zostawiliśmy pod ich opieka nasze bagaże i poszliśmy na krotki spacer po mieście. Astana nie zrobiła na nas ogromnego wrażenia, choć podobno powinna. Być może trzeba tu pobyć dłużej, żeby docenić uroki miasta, a może nie dotarliśmy do miejsc, które powinniśmy zobaczyć. Nam dany był tylko dwugodzinny spacer. Potem coś przegryźliśmy i po 13-tej zapakowaliśmy sie do pociągu relacji Astana-Almata. Tym razem nie było już tak dobrze, choć narzekać nie możemy - pociąg nie miał przedziałów i wszyscy pasażerowie jechali w jednym wagonie - jest to typ pociągu platzkarta, oczywiście najtańsza :). Na szczęście Kazachowie to strasznie sympatyczni ludzie. Prowadnik pociągu ciągle nas pytał czy wszystko w porządku, a współpasażerowie ciekawili sie po co i gdzie jedziemy do Kazachstanu. Dużo satysfakcji dostarczyła nas rozmowa z grupa dziewczyn z Rosji i Kazachstanu, które jechały na Ałmaty na występy swojego teatru. Dlaczego? Bo okazało sie, ze jesteśmy w stanie rozmawiać po rosyjsku przez dwie godziny i co więcej sie dogadywać:) No może po rosyjsku mówiły bardziej one niż my, ale tego, ze sie byliśmy w stanie dogadać nikt nam nie zabierze:) Pierwsze lody z językiem rosyjskim zostały wtedy przełamane, a był to dopiero początek naszych lingwistycznych sukcesów. I niech Michalski nam jeszcze raz powie, ze nie mamy talentu do języków!:)
Po nocy spędzonej w pociągu dotarliśmy na miejsce. Na peronie czekał na nas Kazik Blankiewicz, który od roku mieszka i studiuje w Ałmaty. Nie wiemy jak byśmy sobie poradzili w pierwszych dniach bez jego pomocy. Zatem z tego miejsca serdecznie dziękujemy!