O Biszkeku i nowym nabytku...

WITAJCIE!

Po podróży do Biszkeku spodziewaliśmy się wszystkiego, ale nie tego, że po wylądowaniu będzie -27 stopni. A tak właśnie było. Okazało się, że w Kirgizji trwa zima stulecia - nawet najstarsi Kirgizi nie pamiętali mrozów, które trwałyby tak długo. W swoich bezrękawnikach i polarach trochę zatem na początku zmarzliśmy:) Szybko jednak udało nam się znaleźć taksówkę (czy raczej lepiej powiedzieć, że to tłum taksówkarzy znalazł nas) i pojechaliśmy do dobrze nam znanego hotelu, w którym mieszkaliśmy po drodze do Polski na Święta. Hotel był dobrze znany, znane więc nam też były warunki w jakich przyjdzie nam spędzić kilka najbliższych dni. Bródno, śmierdząco, powyrywane kontakty, poobrywane szafki, a cały ten luksus za jedyne 35 złotych od osoby za noc:) Oczywiście za wrzątek płaci się oddzielnie czyli wszystko jak w słabym schronisku:) Do tego zimno: na korytarzach kilka stopni na plusie, w pokojach trochę lepiej,ale na pewno poniżej 15 stopni. Ciekawe jak wyglądają inne hotele, skoro o tym Lonely Planet napisał, że standard jest przyzwoity:)

Długo zatem w hotelu nie siedzieliśmy i czym prędzej poszliśmy na miasto. Na początku na umówione spotkanie z ojcem Jerzym - Polakiem, który jako misjonarz pracuje w Biszkeku już ósmy rok. Ściślej rzecz biorąc, w ostatnich latach ksiądz Jerzy bardziej niż w Biszkeku pracuje raczej koło Biszkeku: obsługuje okoliczne wsie, do których dowozi lekarzy (i lekarstwa) i gdzie posługuje jako kapłan. Kilka razy wybraliśmy sie z nim (na pomarańczowym, 16-letnim Transporterze) na takie "objazdy" po okolicy.
Co na tej podstawie można powiedzieć o Kościele w Kirgizji? Że katolików jest bardzo mało - około 500 osób w całym kraju, że sytuacja materialna Kościoła jest trudna - Kościół nie ma swoich budynków, często msze odprawiane są w domach u ludzi. Wreszcie, że praca misjonarza jest trudna, bo katolicy rozsiani są po całej okolicy. Czasami trzeba pokonać 100 kilometrów tylko po to, by odprawić mszę dla kilku osób. Ludzi po prostu nie stać, żeby samemu przejechać te 100 km więc misjonarze nie mają wyboru. Ksiądz Jerzy na przykład tygodniowo przejeżdża ponad 1000km. My wybraliśmy się na trzy takie wyjazdy. Pierwsze zdjęcia z Kirgizji pojawią się wkrótce, ale z większością mamy jeszcze problem, który spodziewamy się rozwiązać za kilka tygodni.

O Kirgizi mówią, że nie ma takiego miejsca w tym kraju, z którego nie byłoby widać gór. I to chyba prawda. W ogóle przyroda w Kirgizji jest przepiękna. Nam, niestety, na górskie wędrówki nie pozwoliły warunki pogodowe. Ale obiecaliśmy sobie, że jeszcze tam wrócimy :). Plan jest taki, żeby do Kirgizji wybrać się w maju. Gdy nie będzie już śniegu i pogoda będzie bardziej sprzyjająca. Chcielibyśmy pojechać na południe - do Oszu i Dżalalabadu. To podobno zupełnie inny świat niż sam Biszkek - bardziej orientalny: bo nie ma tam już białych, bo rusyfikacja udała sie w mniejszym stopniu itd.

Po tygodniu od wylądowania w Biszkeku zabraliśmy sie z Franciszkankami samochodem (jeszcze nie swoim:)) do Almaty. Tak zakończył sie pierwszy, a zaczął drugi etap nasze poświątecznej wyprawy do Azji Centralnej - szukanie samochodu:) Obejrzeliśmy kilkanaście samochodów. Ogromna większość była w stanie tragicznym: bez reflektorów, z wyciekającym olejem, powgniataną karoserią; wiele aut od samego początku wymagało poważnym remontów. Do tego wszystko było drogie, bo za mniej więcej 20 letni samochód trzeba tu zapłacić około 1500-2000 dolarów. Dlatego zaczęliśmy szukać wśród samochodów z kierownica po prawej stronie. Takie są tańsze, bo można je importować bez żadnych przeróbek z Japonii, gdzie ruch jest lewostronny. Wreszcie po kilku dniach kupiliśmy 19-letnią Toyotę Corollę II z automatyczną skrzynią biegów i silnikiem 1.3. Kiedy płaciliśmy za samochód wydawał nam on się być w stanie przyzwoitym. Jaki był jego rzeczywisty stan okazało się po paru dniach:)

Poza rutynowymi czynnościami związanymi z kupnem starego grata jak wymiana oleju, świec, filtrów, zmieniliśmy też klocki hamulcowe i wydawało się nam, że przez najbliższe pól roku nie będziemy gościć w almatyńskich warsztatach. Niestety postanowiliśmy się szarpnąć i zmienić także olej w skrzyni biegów. Niestety, bo po pierwsze było to drogie, a po drugie po podniesieniu auta do góry okazało się, że cały spód silnika jest w oleju: ze przeciekają tzw. salniki. Polskiej nazwy tej części do dziś nie możemy zapamiętać:) Same salniki przypominają zwykle uszczelki i razem kosztowały nas około 60zl, ale za ich wymianę (wymagane rozebranie polowy silnika) w Almaty zaśpiewano 800zl. Dlatego szczęścia poszukaliśmy w pobliskim Talgarze (który jest już Wam znany, bo mieszka tam ks. Trela, o którym sporo pisaliśmy) i znaleźliśmy warsztat, w którym zgodzono się dokonać naprawy za połowę ceny. Kiedy piszemy te słowa, nasz czerwony staruszek:) stoi właśnie w remoncie i jutro go odbieramy. Tym razem mamy nadzieję, że to na prawdę koniec napraw:) Bo poza tym wyciekiem oleju samochód sprawuje się przyzwoicie. Zrobiliśmy już blisko 1000 km (większość w korkach po Almaty) i nic niepokojącego się nie zdarzyło. No może to przyśpieszenie mogłoby być trochę lepsze:)

Tak czy inaczej od tygodnia jest u nas Gosia. Chyba same miasto jej specjalnie nie zauroczyło, no i też się specjalnie nie dziwimy:) Almata po Nowym Roku jest jeszcze bardziej zakorkowana niż przed naszym wyjazdem, bo zaczęły się spore remonty. I tak samo brudna jak w 2007:) Dlatego spacerowanie po niej nie należy do przyjemności. Dobrze, że chociaż są góry wokół miasta, to od czasu do czasu można pooddychać świeżym powietrzem.

Zajęcia na uczelni trzymają swój kazachski poziom. Na przykład w sobotę wybraliśmy się z Gosią na wykład, który miał się zacząć o 9.50. Weszliśmy do sali, a tam wszyscy przy herbacie i torcie obchodzą czyjeś urodziny. Po godzinie przychodzi wykładowczyni i pyta czy już przypadkiem zajęcia nie powinny się zacząć? Po czym informuje, że jeśli tak, to ona przeprasza, ale ma jeszcze różne sprawy do załatwienia i wychodzi. Potem wraca na ostatnie minuty i toczy się jakaś luźna rozmowa niezwiązana z tematyką przedmiotu. A potem Pani zwalnia grupę wcześniej do domu:) Kochamy ten kraj i to miasto!:) I właśnie z tego kraju i z tego miasta przekazujemy Wam pozdrowienia!:)