Od 21 czerwca jesteśmy już w Polsce. Ale ciągle znajdujemy takie zdjęcia, których do tej pory nie zamieściliśmy. I ciągle są takie rzeczy, o których planujemy napisać. Dziś 7 nowych galerii - właściwie z całego Kazachstanu i Kirgistanu. W niedalekiej przyszłości zdjęcia z Uzbekistanu i Łotwy (bo przez te kraje wracaliśmy do Polski). Pozdrawiamy i dziękujemy za wszystkie e-maile!
Po powrocie. Aktualizacja.
- Zaloguj się lub zarejestruj by odpowiadać
Z Ałmaty do Karagandy...
Witajcie!
Czy to my w poprzedniej relacji narzekaliśmy na naszego jeepa? Jeśli tak, to była to z naszej strony niegodziwość:) Właśnie wróciliśmy z tygodniowej wyprawy po Kazachstanie. Przejechaliśmy ponad 3 tysiące kilometrów i jeep nawet tego nie zauważył. Sprawdził się zarówno jako środek lokomocji, jak i hotel, chociaż - przyznajmy - mocno niedogrzany hotel:) Kiedy nad ranem temperatura na stepie spadała do zera, w środku było niewiele cieplej. Nawet w naszych wypasionych śpiworach - pamiętasz Bors jak dzięki Twojej karcie Euro26 dostałem 5% zniżki na swojego Campusa?:) - było bardzo zimno. Ale spanie w samochodzie było najtańszym wariantem i dlatego o innym nie mogło być mowy:) Ale po kolei...
Ruszyliśmy w poprzednią środę (30.IV) około 14. Późno. Wszystko dlatego, że nie byliśmy pewni samochodu (który się nieustannie grzał) i do końca trwały testy. Po tym jak od nowa ustawiono nam zapłon postanowiliśmy zaryzykować i wyjechać. Na początku temperatura była wysoka (ale akceptowalna), a potem wszystko się już dotarło i do końca wyjazdu samochód nie sprawiał problemów. Ale przez to wszystko nie było mowy o tym, żeby wieczorem być w Karagandzie i noc musieliśmy spędzić na stepie (do Karagandy było 1000km, a my zatrzymaliśmy się w Bałhasze czyli jakieś 400km przed Karagandą). Po drodze jedyną przygodą było kończące się paliwo. Liczyliśmy, że zatankujemy po drodze, ale na jedynej stacji nie było prądu i trzeba było jechać do następnej (jakieś 100km dalej). Jak do niej dojechaliśmy, to w baku pozostały już chyba tylko opary. Na rezerwie jechaliśmy jakieś 70km:) Trochę mieliśmy stracha, bo jakby nam paliwo skończyło się po środku stepu, to byłby problem. Oczywiście zawsze można dojechać do najbliższej stacji na stopie, nabrać w butelkę po wodzie benzyny i wrócić stopem do samochodu, ale w warunkach stepu zajęłoby nam to wiele godzin. Krótko mówiąc mieliśmy szczęście:)
Do Karagandy dobrnęliśmy około 14 w czwartek. Od razu tego samego dnia postanowiliśmy jechać dalej - do Szortand, do znajomego księdza, którego spotkaliśmy w pociągu jadąc, jeszcze we wrześniu, z Warszawy do Kazachstanu. Ponieważ wiemy, że czasami zagląda na naszą stronę, to z tego miejsca serdecznie go pozdrawiamy i dziękujemy za gościnę! U księdza Grzegorza spędziliśmy piątek (w tym czasie obejrzeliśmy same Szortandy - około 6-tysięczne miasteczko i pobliskie wsie m.in. Nowokubankę), a w sobotę około 16 wróciliśmy do Karagandy. Dla fanów prezydenta Kaczyńskiego - a jest ich na pewno trochę wśród naszych czytelników:) - informacja, że dwa lata temu w Szortandach nasz prezydent przyjechał z wizytą do mieszkających tu Polaków, a w Nowokubance znajduje się tabernakulum, które prezydent podarował miejscowej Polonii w czasie wizyty. Krótki pobyt w Szortandach należał do bardzo miłych: zarówno ze względu na osoby gospodarzy:) (ks. Grzegorza i Romka) oraz ze względu na same Szortandy, które okazały się miejscem cichym i przyjemnym. A wokół kościoła był piękny, zielony ogród - rzecz w krajobrazie stepowy prawie niespotykana. Poczuliśmy się trochę jak w Polsce:)
W sobotę zostalismy już jednak sprowadzeni na ziemię. Karaganda to milionowe, przemysłowe miasto położone na stepie. Brzydkie, biedne, z fatalnymi drogami, typowo sowieckie. Najbardziej przygnębiające wrażenie robią kominy fabryk i kopalni, z których wydobywa się przeraźliwie czarny dym. Nikt tu nie dba o ekologie, zresztą nikt też nie dba o bezpieczeństwo górników. Jak już zdarza się awaria (a zdarza się często), od razu ginie kilkadziesiąt osób. Z drugiej strony Karaganda to bardzo serdeczni ludzie (żyje tu zdecydowanie więcej Rosjan niż w Ałmacie, choć Kazachowie mimo wszystko przeważają). Zatrzymaliśmy się u ojca Hansa na plebani. Ojciec Hans okazał się bardzo przyjemnym Bawarczykiem pracującym w Kazachstanie dopiero drugi rok. Przyjął nas bardzo serdecznie i dobrze karmił:) Zresztą do jedzenia mieliśmy wyjątkowe szczęście - w każdym kościele, do którego zaglądaliśmy czymś nas częstowano. W skrajnym przypadku jednego dnia zjedliśmy śniadanie, 3 obiady i 2 kolacje:) Próbowaliśmy się odwdzięczać i przy okazji jak oglądaliśmy okolicę Karagandy rozwoziliśmy też kościelną prasę.
W sobotni wieczór spotkaliśmy się z Bartkiem - jednym z jedenaściorga dzieci rodziny Jurczyków, Polaków mieszkających od 13 lat w Kazachstanie. Jurczykowie przyjechali do Karagandy w 1995 roku, jako rodzina posłana na misję do wspólnot neokatehumenalnych, które od prawie 15 lat istnieją w tutejszym kościele. Niestety, początkowo bardzo dobra współpraca z miejscowymi biskupami z biegiem czasu zaczęła się troszeczkę komplikować, ale wspólnoty istnieją i co ważne są zakładane nowe. I miło jest 6 tysięcy kilometrów od domu spotkać braci :). W sobotę wieczorem byliśmy na Liturgii Słowa we wspólnocie Bartka i Ester (ta skolei jest Włoszką - też z rodziny misyjnej posłanej z Włoch 13 lat temu). I było nam bardzo miło śpiewać po rosyjsku neo-pieśni i klaskać w rytm neo-szlagierów :).
Na niedzielę byliśmy zaproszeni na jutrznię do wspólnoty, odśpiewaliśmy psalmy i wybraliśmy się na Mszę do kościoła. Okazało się, że Mszę będzie odprawiał abp. Jan Paweł Lenga. Ukrainiec, który urodził się w Kazachstanie. Bardzo, bardzo sympatyczny i dobry dziadek. Ale...przecieraliśmy oczy ze zdziwienia patrząc na zegarki - Msza zaczęła się o 11, a skończyła dobrych kilka minut po 13. Kazanie biskupa - zaawansowane 50 minut :). Biskup przytulony do pastorału na długo pozostanie w naszej pamięci. A kazanie - o rybałce, telewizji, kilka pytań do zgromadzonych babuszek, a wszystko to z pobożnymi odnoszeniami.
Ostatniego dnia pobytu na północy zobaczyliśmy Dolinkę. Dziś jest to mała miejscowość, kiedyś jeden z ośrodków Karłagu. Karłag to natomiast jeden z większych łagrów w całym ZSRR (stolicą była Karaganda). Według Sołżenicyna zginęło w nim blisko 1,5 miliona ludzi! Umierali z głodu, zimna lub przemęczenia. Pracowali na budowach (budowali Karagandę) lub w pobliskich kopalniach. W samej Dolince znajduje się muzeum upamiętniające ludzi, którzy zginęli w Karłagu (całkiem nowoczesne jak na warunki byłego ZSRR), cmentarz (na którym leżą głównie niemowlęta i księża, którzy w czasach Karłagu próbowali posługiwać deportowanym tu więźniom) oraz budynek, w którym znajdowało się dowództwo Karłagu. Budynek dziś jest jeszcze w opłakanym stanie, ale są plany żeby właśnie tam przenieść za kilka lat muzeum. Oprócz tego, że pobyt w Dolince nie pozostawia nikogo obojętnym, duże wrażenie zrobiła na nas pani przewodnik. Samo muzeum i okolice zwiedzaliśmy bowiem z wycieczką z pobliskiej szkoły, a pani przewodnik mówiła śmiało o tym, że ZSRR był systemem zbrodniczym czy o tym, że zbrodni katyńskiej dokonali Rosjanie. W Polsce wszyscy to wiedzą, ale tu, nawet we współczesnych podręcznikach są to tematy tabu. Nikt już oczywiście nie mówi o tym, że Katyń przygotowali Niemcy, a po prostu sprawę się przemilcza. O czasach ZSRR mówi się raczej pozytywnie jako o okresie kiedy Rosjanie/Kazachowie decydowali o losach świata. Za tą mocarstwowością czasów komunizmu bardzo się tu tęskni. Najlepszym dowodem będzie jutrzejszy dzień (9 maja to tu koniec 2 wojny światowej tzw. dzień pobiedy) gdy na ulice Ałmaty wyjadą czołgi, będę odbywać się defilady, a ulice zapełnią się kombatantami tonącymi w orderach.
Tymczasem my w poniedziałek ruszyliśmy z powrotem do Ałmaty. Po drodze zobaczyliśmy Sspask, gdzie znajduje się ogromny cmentarz tych, którzy zginęli deportowani do Kazachstanu w czasie wojny. Są też pomniki upamiętniające wszystkie narodowości, których przedstawicieli przywieziono na okołokaragandyński step (jest oczywiście także polski pomnik). A we wtorek wieczorem ponownie zawitaliśmy do Ałmaty!
Jak się okazało była to ostatnia daleka podróż naszym dżipem. Po niej trzeba zmienić amortyzator, drążek kierowniczy i jeszcze kilka innych rzeczy. W sumie naprawa nam się nie opłaca i zdecydowaliśmy, że sprzedamy samochód w takim stanie w jakim jest, a na kolejną wyprawę pojedziemy pociągiem (tym bardziej, że tam gdzie jedziemy drogi są w fatalnym stanie). Tak więc wszystkich ludzi,którym dobrze życzymy ostrzegamy: uważajcie na czerwoną Corollę z kierownicą po prawej stronie! Pod żadnym pozorem jej nie kupujcie - to worek bez dna:) A Corolli za wspólnie spędzone w Kazachstanie dni dziękujemy:)
Pozdrawiamy Was z upalnej Ałmaty!!!
Piotrek, Tomek 08.05.2008r.
P.S. Wkrótce wrzucimy jakieś zdjęcia z wyprawy.
- Zaloguj się lub zarejestruj by odpowiadać
Przed wyjazdem na północ Kazachstanu.
Witajcie!!!
Co tam u Was słychać? I dlaczego wszyscy zapomnieli, że istniejemy i nic nie piszą?:)
Nasze życie w Kazachstanie w całości usłane jest różami:) Wszystko się nam układa. Do kaszy gryczanej się przyzwyczailiśmy, a nawet ją trochę lubimy, dostaliśmy wymarzoną wizę do Uzbekistanu (po rozmowie ze srogim konsulem, który nas w kółko pytał czy nie ma innych przyczyn wyjazdu niż turystyczne), a na dodatek zakończyliśmy już studia! Ostatnie zaliczenie zdobyliśmy dziś i jutro ruszamy na północ Kazachstanu. Zdobywanie zaliczeń i zdawanie egzaminów wyglądało dość specyficznie. Po tym jak uprosiliśmy pierwszą piątkę od jednego z wykładowców, wszystkim powtarzaliśmy, że kartę zaliczeniową trzeba wypełniać jak zrobił to Pan wyżej:) W ten sposób przez kilka minut zdaliśmy 6 egzaminów, wszystkie na piątki. Polak za granicą potrafi:)
Jedyne co nas trochę martwi to nasz jeep, bo ładujemy w niego ostatnio mnóstwo kasy, a cały czas nie mamy pewności, że to koniec. Najpierw jak jechaliśmy na Czaryński Kanion zagotowała nam się woda, spaliła podkładka pod głowicą i woda zaczęła wlewać się do silnika. Jak zjechaliśmy do warsztatu (już w Ałmaty) olej miał specyficzny kolor i był dziwnie mało gęsty i mało oleisty:) Remont (łącznie ze szlifowaniem głowicy) kosztował mnóstwo pieniędzy, a jeszcze nie rozwiązał przyczyny, dla której zagotowała nam się woda w drodze na Czaryn. Problem rozwiązywany jest właśnie teraz kiedy czytacie tą wstrząsającą relacje i czy starczyło nam pieniędzy opowiemy w następnym odcinku:) Nie zamyka to oczywiście listy problemów. W między czasie złapaliśmy gumę i przerdzewiał nam tłumik. Jeszcze wieczorem czeka nas jego spawanie. A jak odkręciliśmy filtr powietrza, żeby go przeczyścić, to ze środka wyłowiliśmy dwie muchy:) Pamiętajcie - nigdy nie kupujcie samochodu od Kazacha, a już na pewno od żadnych studentów z Polski:)
Ostatnio sporo czasu spędzamy w bibliotekach zbierając materiały do pracy magisterskiej. Ja rozważam dwa tematy: albo problem społeczeństwa obywatelskiego w Kazachstanie, albo tożsamości narodowej Kazachstańców. Materiały zbieram równolegle, a potem w Polsce zadecyduję na jaki temat pisać. Tomasz już zdecydował, że będzie pisał o problemie narodowym w Kazachstanie, ewentualnie o konfliktach na tym tle. Oprócz tego pomagamy siostrom Matki Teresy kopać ogródek (ale nie tak często jak w poprzednim semestrze) i sporo czasu spędzamy ze znajomymi, których ostatnio poznajemy mnóstwo, co oczywiście musi znakomicie wpłynąć na naszą rusyczyzne. Rezultaty do posłuchania po powrocie:) Do tego codziennie biegamy i ćwiczymy na drabinkach, a wyjątek stanowi niedziela (kiedy odpoczywamy z definicji) i dni, gdy jedziemy na wschód słońca, ale to ostatnie na razie zdarzyło się tylko raz:)
Babcia twardo częstuje nas codziennie kaszkami i zupkami. Na szczęście namówiliśmy wreszcie ją, żeby kaszek nie słodziła i od tej pory kaszki jemy z majonezem i pomidorem. Majonez wychodzi nam już uszami, a pomidory podrożały, bo zakazano ich importu z Chin, ale o powrocie do słodzonych kaszek nie ma mowy:) Gorzej jest z zupami: ostatnio babcia znalazła jakąś starą kapustę kiszoną, która na nasz nos ma kilka lat i ugotowała na niej barszcz:) Jemy już go dwa dni, ale została jeszcze co najmniej połowa więc nie jest łatwo. Na szczęście od czasu do czasu jakieś dziewczyny zapraszają nas na kolację (lepszy wariant), albo my zapraszamy je do restauracji (gorszy wariant) - w każdym razie chyba tylko dzięki temu jeszcze żyjemy:) Tak czy inaczej jedzeniowe wspomnienia z Kazachstanu są murowane:) A Wy trzymajcie kciuki, żeby nie przyszło nam do głowy zaprosić Was na wieczór kazachski, gdzie zaserwujemy nacjonalne potrawy Kazachstanu:)
Tak więc widzicie, że nie jest u nas nudno i, że Kazachstan na każdym kroku zaskakuje. A najbardziej zaskakują kulinarne pomysły naszej babci:)
Trzymajcie się!!! My najwcześniej odezwiemy się za tydzień czyli po tym jak wrócimy z Karagandy. Pozdrowienia!!!
Piotrek i Tomek
P.S. Możecie już obstawiać u bukmacherów czy nasza strzała wytrzyma te 4 tysiące kilometrów, które zamierzamy jej w nabliższych dniach zafundować:)
Kazachstan, Ałmaty, 30.04. 2008r.
- Zaloguj się lub zarejestruj by odpowiadać
Co w lutym i marcu u nas się działo?
Witajcie Kochani!
Właśnie mija połowa naszej poświątecznej wyprawy do Kazachstanu. Pogodę mamy znakomitą - zaczęła się już wiosna. Zauważyli to wszyscy, poza administracją naszego budynku. Na zewnątrz temperatura osiąga 25 stopni, ale kaloryfery grzeją jak grzały przy -27. Po domu chodzimy zatem w kąpielówkach, a jak nie ma babki to i bez:)
Wiosna ma jeszcze jedną zaletę - nie musimy już dolewać wódki do płynu do spryskiwaczy. Wcześniej było to konieczne, bo woda z Ludwikiem, którą zalewaliśmy zamiast płynu (ach te cięcia budżetowe) przy - 20 stawała się zbyt gęsta by skutecznie czyścić szyby:) Jesteśmy zatem jakieś 2 złote do przodu (miesięcznie), bo tyle w Kazachstanie kosztuje 0,5 litra wódki.
Dobiega końca jedenasty tydzień zajęć, a do tej pory są przedmioty, które nie odbyły się ani razu. Czasami przeszkadza zbliżający się Dzień Kobiet (w końcu na wydziale pracuje dużo pań, które trzeba pozdrowić z okazji zbliżającego się święta), czasami nie przychodzą studenci, czasami wykładowca jest akurat zajęty innymi sprawami wagi państwowej. Nie przeszkadza nam to z sukcesami zdobywać kolejne zaliczenia. W indeksie dumnie stoi już pierwsza piątka z egzaminu, którego nie było, a wkrótce spodziewamy się kolejnych. Nie jest zatem łatwo, co na szczęście zauważają wykładowcy. Ostatnio docent od przedmiotu "Polityka wewnętrzna i zagraniczna Kazachstanu" wyznała w przypływie szczerości, że najgorsze jej lata w życiu to okres studiów, bo trzeba było czytać książki:) Zupełnie zrozumiałe zatem, dlaczego została na uniwersytecie i oddała się pracy naukowej. Nieprawdaż?
Oczywiście trudy naukowej pracy nie uniemożliwiają nam innych rodzajów działalności społecznie pożytecznej. Ostatnio zapoznaliśmy dwie dziewczyny: jedna z Austrii, a druga ze Szwajcarii, które na co dzień pracują w Astanie (uczą francuskiego i niemieckiego), a do Ałmaty przyjechały na kilka dni urlopu. Naszą sympatię zyskały natychmiast, gdy tylko okazało się, że tak jak i my nie znają angielskiego, a do tego uznają nas za lingwistyczne autorytety w sprawie języka rosyjskiego. Byliśmy dla nich jak ruska wersja Miodka i Bralczyka zarazem:) Z naszego punktu widzenia znajomością wydaje się idealną, bo leczy nasze językowe kompleksy i niweluje wyrzuty sumienie, że mija właśnie kolejny dzień, a znów nie zabraliśmy się za naukę języków:) Co więcej wybieramy się w maju do Astany i nie mamy ochoty płacić 100 dolarów za noc w hotelu. A do tego Szwarjacia i Austia to chyba ciekawe kraje i warto by się tam wybrać. Zwłaszcza jeśli nocleg byłby za darmo:) Już możecie w napięciu czekać na nasze wstrząsające relacje z tej części Europy!
Poza tym, a może by należało od tego zacząć, tak jak i u Was, także i u nas Chrystus zmartwychwstał, tylko, że 5 godzin wcześniej:) Święta spędziliśmy po polsku: najpierw poświęciliśmy pokarmy (w kościele byli prawie sami Polacy), potem byliśmy na Liturgii Wigilii Paschalnej, a na końcu zabraliśmy się za konsumpcję upieczonych własnoręcznie mazurków. Smak polskiego mazurka na obczyźnie - bezcenne!!!
Mamy już też bilety powrotne. Przylecimy 20.06 z Taszkientu (stolica Uzbekistanu) do Rygi. A potem albo samolotem, albo autobusem wrócimy do Warszawy. Wolelibyśmy polecieć LOT-em, ale te głupki nie uznają opłaty za bilet z Karty Visa Elektron więc nie bardzo mamy jak zapłacić za bilet. Do tego nikt nie może tego zrobić za nas, bo płatności można dokonać tylko z karty zarejestrowanej na nazwisko pasażera. Trochę paranoja, ale wysłaliśmy już maila do LOT-u i zobaczymy co nam zaproponują.
Przed Taszkientem, a już po zakończeniu zajęć (co nastąpi około 10 maja) chcemy wybrać się na nasze czerwonej strzale na północ Kazachstanu. W ciągu kilkunastu dni zrobimy na pewno kilka tysięcy kilometrów - zobaczymy czy grat wytrzyma:) Oprócz stolicy (Astany) chcemy też zobaczyć jezioro Balchasz i Morze Kaspijskie. Wracamy do Ałmaty 26 maja (na urodziny naszej babuszki), sprzedajemy samochód, bagaże odsyłamy pocztą do Polski i ruszamy do Kirgizji. Od 6.06 zaczyna już działać nasza uzbecka wiza (której, co prawda jeszcze nie mamy) i do 20.06 jesteśmy w Uzbekistanie. A potem wracamy, żeby zobaczyć wasze lica, za którymi się już trochę stęskniliśmy:)
Trzymajcie się i odzywajcie!!!
Pozdrowienia,
Tomek i Piotrek
- Zaloguj się lub zarejestruj by odpowiadać
O Biszkeku i nowym nabytku...
WITAJCIE!
Po podróży do Biszkeku spodziewaliśmy się wszystkiego, ale nie tego, że po wylądowaniu będzie -27 stopni. A tak właśnie było. Okazało się, że w Kirgizji trwa zima stulecia - nawet najstarsi Kirgizi nie pamiętali mrozów, które trwałyby tak długo. W swoich bezrękawnikach i polarach trochę zatem na początku zmarzliśmy:) Szybko jednak udało nam się znaleźć taksówkę (czy raczej lepiej powiedzieć, że to tłum taksówkarzy znalazł nas) i pojechaliśmy do dobrze nam znanego hotelu, w którym mieszkaliśmy po drodze do Polski na Święta. Hotel był dobrze znany, znane więc nam też były warunki w jakich przyjdzie nam spędzić kilka najbliższych dni. Bródno, śmierdząco, powyrywane kontakty, poobrywane szafki, a cały ten luksus za jedyne 35 złotych od osoby za noc:) Oczywiście za wrzątek płaci się oddzielnie czyli wszystko jak w słabym schronisku:) Do tego zimno: na korytarzach kilka stopni na plusie, w pokojach trochę lepiej,ale na pewno poniżej 15 stopni. Ciekawe jak wyglądają inne hotele, skoro o tym Lonely Planet napisał, że standard jest przyzwoity:)
Długo zatem w hotelu nie siedzieliśmy i czym prędzej poszliśmy na miasto. Na początku na umówione spotkanie z ojcem Jerzym - Polakiem, który jako misjonarz pracuje w Biszkeku już ósmy rok. Ściślej rzecz biorąc, w ostatnich latach ksiądz Jerzy bardziej niż w Biszkeku pracuje raczej koło Biszkeku: obsługuje okoliczne wsie, do których dowozi lekarzy (i lekarstwa) i gdzie posługuje jako kapłan. Kilka razy wybraliśmy sie z nim (na pomarańczowym, 16-letnim Transporterze) na takie "objazdy" po okolicy.
Co na tej podstawie można powiedzieć o Kościele w Kirgizji? Że katolików jest bardzo mało - około 500 osób w całym kraju, że sytuacja materialna Kościoła jest trudna - Kościół nie ma swoich budynków, często msze odprawiane są w domach u ludzi. Wreszcie, że praca misjonarza jest trudna, bo katolicy rozsiani są po całej okolicy. Czasami trzeba pokonać 100 kilometrów tylko po to, by odprawić mszę dla kilku osób. Ludzi po prostu nie stać, żeby samemu przejechać te 100 km więc misjonarze nie mają wyboru. Ksiądz Jerzy na przykład tygodniowo przejeżdża ponad 1000km. My wybraliśmy się na trzy takie wyjazdy. Pierwsze zdjęcia z Kirgizji pojawią się wkrótce, ale z większością mamy jeszcze problem, który spodziewamy się rozwiązać za kilka tygodni.
O Kirgizi mówią, że nie ma takiego miejsca w tym kraju, z którego nie byłoby widać gór. I to chyba prawda. W ogóle przyroda w Kirgizji jest przepiękna. Nam, niestety, na górskie wędrówki nie pozwoliły warunki pogodowe. Ale obiecaliśmy sobie, że jeszcze tam wrócimy :). Plan jest taki, żeby do Kirgizji wybrać się w maju. Gdy nie będzie już śniegu i pogoda będzie bardziej sprzyjająca. Chcielibyśmy pojechać na południe - do Oszu i Dżalalabadu. To podobno zupełnie inny świat niż sam Biszkek - bardziej orientalny: bo nie ma tam już białych, bo rusyfikacja udała sie w mniejszym stopniu itd.
Po tygodniu od wylądowania w Biszkeku zabraliśmy sie z Franciszkankami samochodem (jeszcze nie swoim:)) do Almaty. Tak zakończył sie pierwszy, a zaczął drugi etap nasze poświątecznej wyprawy do Azji Centralnej - szukanie samochodu:) Obejrzeliśmy kilkanaście samochodów. Ogromna większość była w stanie tragicznym: bez reflektorów, z wyciekającym olejem, powgniataną karoserią; wiele aut od samego początku wymagało poważnym remontów. Do tego wszystko było drogie, bo za mniej więcej 20 letni samochód trzeba tu zapłacić około 1500-2000 dolarów. Dlatego zaczęliśmy szukać wśród samochodów z kierownica po prawej stronie. Takie są tańsze, bo można je importować bez żadnych przeróbek z Japonii, gdzie ruch jest lewostronny. Wreszcie po kilku dniach kupiliśmy 19-letnią Toyotę Corollę II z automatyczną skrzynią biegów i silnikiem 1.3. Kiedy płaciliśmy za samochód wydawał nam on się być w stanie przyzwoitym. Jaki był jego rzeczywisty stan okazało się po paru dniach:)
Poza rutynowymi czynnościami związanymi z kupnem starego grata jak wymiana oleju, świec, filtrów, zmieniliśmy też klocki hamulcowe i wydawało się nam, że przez najbliższe pól roku nie będziemy gościć w almatyńskich warsztatach. Niestety postanowiliśmy się szarpnąć i zmienić także olej w skrzyni biegów. Niestety, bo po pierwsze było to drogie, a po drugie po podniesieniu auta do góry okazało się, że cały spód silnika jest w oleju: ze przeciekają tzw. salniki. Polskiej nazwy tej części do dziś nie możemy zapamiętać:) Same salniki przypominają zwykle uszczelki i razem kosztowały nas około 60zl, ale za ich wymianę (wymagane rozebranie polowy silnika) w Almaty zaśpiewano 800zl. Dlatego szczęścia poszukaliśmy w pobliskim Talgarze (który jest już Wam znany, bo mieszka tam ks. Trela, o którym sporo pisaliśmy) i znaleźliśmy warsztat, w którym zgodzono się dokonać naprawy za połowę ceny. Kiedy piszemy te słowa, nasz czerwony staruszek:) stoi właśnie w remoncie i jutro go odbieramy. Tym razem mamy nadzieję, że to na prawdę koniec napraw:) Bo poza tym wyciekiem oleju samochód sprawuje się przyzwoicie. Zrobiliśmy już blisko 1000 km (większość w korkach po Almaty) i nic niepokojącego się nie zdarzyło. No może to przyśpieszenie mogłoby być trochę lepsze:)
Tak czy inaczej od tygodnia jest u nas Gosia. Chyba same miasto jej specjalnie nie zauroczyło, no i też się specjalnie nie dziwimy:) Almata po Nowym Roku jest jeszcze bardziej zakorkowana niż przed naszym wyjazdem, bo zaczęły się spore remonty. I tak samo brudna jak w 2007:) Dlatego spacerowanie po niej nie należy do przyjemności. Dobrze, że chociaż są góry wokół miasta, to od czasu do czasu można pooddychać świeżym powietrzem.
Zajęcia na uczelni trzymają swój kazachski poziom. Na przykład w sobotę wybraliśmy się z Gosią na wykład, który miał się zacząć o 9.50. Weszliśmy do sali, a tam wszyscy przy herbacie i torcie obchodzą czyjeś urodziny. Po godzinie przychodzi wykładowczyni i pyta czy już przypadkiem zajęcia nie powinny się zacząć? Po czym informuje, że jeśli tak, to ona przeprasza, ale ma jeszcze różne sprawy do załatwienia i wychodzi. Potem wraca na ostatnie minuty i toczy się jakaś luźna rozmowa niezwiązana z tematyką przedmiotu. A potem Pani zwalnia grupę wcześniej do domu:) Kochamy ten kraj i to miasto!:) I właśnie z tego kraju i z tego miasta przekazujemy Wam pozdrowienia!:)
- Zaloguj się lub zarejestruj by odpowiadać
Nowości w Galerii
Korzystając z szybszego internetu, będąc w Polsce umieściliśmy na stronie trochę zdjęć samej Ałmaty, jak również zdjęcia z patriotycznej wyprawy w góry 11 listopada :) Przenosimy się dziś również na nowy serwis, co w naszym przypadku wiąże się ze zmianą adresu. Teraz zdjęcia powinny się szybciej ładować!
Święta w Kazachstanie
Witajcie wszyscy ;)
Dziś jest niedziela 28 października - co ciekawe - dzień pracujący, odrabiamy piątek 26 :) Dla nas jest to nieprawdopodobne, ale np. przed momentem podjechała pod nasz dom śmieciarka i zabiera śmieci ... niedziela godz. 17:00 :)... nie przepiękne? :)!!! 25 października jest w Kazachstanie święto narodowe. W związku z tym, starym radzieckim zwyczajem, jest darmowe wejście do kinoteatrów dla pensjonariuszy (emerytów). Nasza babuszka nie może przepuścić takiej okazji... :). W tym roku święto wypadło w czwartek więc Prezydent zdecydował, że dodatkowo wszyscy będą mieć wolny piątek - żebyśmy wszyscy mogli bez ograniczeń świętować suwerenność Kazachstanu... Chwała mu za to. Szkopuł w tym, że piątek trzeba odpracować w niedzielę. Ale myśmy się nie dali ... znamy Dekalog i pamiętamy III przykazanie. W związku z tymi kilkoma wolnymi dniami, wybraliśmy się na wycieczkę w okolice Ałmaty (w promieniu 600/700 km).
W czwartek wieczorem mieliśmy pociąg do Turkiestanu. Jest to podobno - zdaniem niektórych - jedyne miejsce w Kazachstanie, które warto zobaczyć ze względów historycznych. Turkiestan nazywany jest przez Kazachów II Mekką. Wszystko z powodu mauzoleum Jassyka, które się tam znajduje. A jeśli idzie o Jassyka, żył on w XII/XIII w. i był człowiekiem, który dostosował islam do warunków kazachskich. Uznaliśmy, że skoro mamy poznać Kazachstan, nie możemy nie pojechać w najświętsze dla Kazachów miejsce. Pociąg do Turkiestanu jedzie, bagatela, 17 godzin. My swoim zwyczajem, wybraliśmy opcje low price tzn. plazkarta. Jest to otwarty wagon bez przedziałów, w którym wspólnie podróżuje ok. 60 osób. Wsiadając do pociągu nie podejrzewaliśmy jakie przygody i przyjaźnie w nim zawrzemy. Rano okazało się, że pół wagonu to wracająca z wesela rodzina. Podróż spędziliśmy zatem przy butelce...no dwóch :), baraninie, koninie i chlebie. Zaprzyjaźniliśmy się z dwoma wujkami panny młodej. Jeden pracuje w jakiejś zagranicznej firmie zajmującej się wydobywaniem i obróbką ropy, drugi mówił, że jest bandytą ... :) Nie wiem dlaczego, ale obu nam się wydaje, że nie żartował.
W Turkiestanie czekała na nas grupa znajomych - Ujgurka, Koreanka, dwie Chinki i jeden Kazach. Z Ujgruką uczymy się w jednej grupie rosyjskiego, Koreankę znamy z dwóch wycieczek: na jezioro Issyk i Turgiencki wodospad. Z Kazachem nie znaleźliśmy wspólnego języka ... Okazało się, że noc mamy spędzić w 3 gwiazdkowym hotelu: pokój z klimatyzacją, tv-sat i śniadaniem. Jego szczęście w tym, że Turkiestan jest tani i lepszego hotelu w tym mieście nie wybudowali :). Noc kosztowała nas 55 zł od łepka więc jakoś przeżyliśmy, choć było to bolesne...:P.
Mauzoleum Jassyka nie zrobiło na nas dużego wrażenia. Jak to mówią Ruskie "ujdiot" czyli bez rewelacji...
Potem pojechaliśmy taksówką (!!!) - kompromis z Kazachem - do oddalonego o 80 km najstarszego meczetu na terytorium Kazachstanu. Ma podobno 1500 lat, podobno... Długo nie mogliśmy się pozbierać po tej podróży taksówką, rozumiecie ... Człowiek ma swoje zasady :). Ale chyba było warto, bo widzieliśmy ... pasące się na stepie wielbłądy!!! Pierwszy raz w życiu, SUPER :)!
Po przejażdżce taksówką powiedzieliśmy sobie dość kompromisów!!! - i nie poszliśmy do hotelowej restauracji, a znaleźliśmy bar trochę bardziej w "naszym stylu". Taki, w którym szaszłyk + herbata = 2,5 zł.
Następnego dnia byliśmy nieugięci i nie pozwoliliśmy na to, żeby pojechać taksówką do odległego o 150 km Szymkientu. Grupa poparła nas i pojechaliśmy autobusem...ufff. Szymkient, to miasto, w którym żyje ok. 0,5 mln mieszkańców. Poza tym nic w nim szczególnego nie ma. Słynne jest z wysokiego stopnia przestępczości, mafii i ma miano zagłębia narkotykowego Kazachstanu. Myśmy się nie bali, w końcu w pociągu poznaliśmy jednego z kazachskich mafiosów, który powtarzał do znudzenia - budiet problem, adin telefon, my pryjediem, zabierajem was, a kawo nada ... pufff, panimajecie? :) W związku z tym, nic nam nie było straszne.
Na dworcu autobusowym nasza grupa podzieliła się. My nie chcieliśmy się zgodzić na zwiedzanie miasta zza szyb samochodu znajomych naszego Kazacha. Zwłaszcza, że wszystkie szyby były przyciemniane :). I razem z Koreanką wybraliśmy się na spacer po mieście. Nikt nas nie pobił, nikt nie zaczepił, co więcej napotykani ludzie byli sympatyczni i serdeczni, jak zawsze. Widać nasze kontakty pracują...
I tak dziś, po 15 godzinach jazdy pociągiem wróciliśmy do domu.
Jeszcze jedną pałkerską rzeczą w naszym wyjeździe jest to, że napisaliśmy pracę naukową :). Tak tak nasi Drodzy i to po angielsku ... :). 7 listopada na naszym uniwersytecie odbywać się będzie międzynarodowa konferencja poświęcona problemowi bezpieczeństwa. Poproszono nas, jako wybitnych znawców tej tematyki, żebyśmy napisali na ten temat tekst, który potem zostanie opublikowany w okolicznościowym żurnalu wychodzącym z okazji konferencji. Tekst napisaliśmy po polsku, na podstawie różnych (jednego wystąpienia ministra Rotfelda, któremu z całego serca w tym miejscu dziękujemy ... :) ) materiałów znalezionych w internecie. Całość za pośrednictwem translatora przetłumaczyliśmy na język angielski. Poziom tłumaczenia pozostawiał wiele do życzenia - co bardziej urokliwe kwiatki to:
- różnica pomiędzy bogatą północą a biednym południem ... propozycja translatora: "poor midnight and reach noun", albo
- świat po 11 września nie jest taki sam, komputer przetłumaczył jako: "world after 11th September is not alone".
Po pierwszym sprawdzeniu, wysłaliśmy tekst do Polski i wszystko nam poprawiła Małgosia, DZIĘKI :). Ale poziom pałkerstwa tego tekstu naukowego jest dość wysoki. Smaczku tej sprawie dodaje kolejna propozycja. W dniach 22-23 listopada szykuje się międzynarodowa konferencja. Tym razem na wydziale historycznym...:). Już zostaliśmy poproszeni o napisanie tekstu na wybrany przez siebie temat. Ciekawe co na to minister Rotfeld...
- Zaloguj się lub zarejestruj by odpowiadać
Przyjaźnie z Kitajcami
Kiedy pisze te słowa jest 16 października, 8.30. Tomek powinien właśnie dojechać na uczelnie, ja zaczynam dziś później. To już 6 tygodni jak przyjechaliśmy do Almaty. Powoli przyzwyczajmy sie do tego miasta. Nawet transport nie wydaje nam sie już taki straszny. W sumie 90 minut dziennie spędzone w autobusie, to nie tak dużo:) Mniej więcej wiemy już w jaki dzień, jaki autobus stoi w jakich korkach - i po prostu probujemy wyciągać z tego wnioski. Nie wszystko da sie oczywiście przewidzieć. Na przykład w ostatnia niedziele na ulicy, na której mieszkamy utknęliśmy w 20 minutowym korku. Gdybym powiedział, ze ta ulica jest wielkości Karwińskiej, to pewnie bym przesadził, ale od Odyńca jest już mniejsza i na pewno wielokrotnie krótsza:). Po kilku minutach nawet kierowca zwątpił w to, że da się w miarę "szybko" z tego korka wyjechać, w związku z tym ... wyłączył silnik :). A było niedzielne południe...
Na uczelni jest nieustannie śmiesznie. Wszyscy traktują nas bardzo na serio. Nie przyjmują do wiadomości, ze nie mówimy po rusku i każą nam odrabiać prace domowe, wygłaszać referaty, a wczoraj pewna Pani dala mi do wypełnienia kolokwium. Oczywiście podziękowałem:) Zresztą system akademicki jest tu zupełnie nie podobny do polskiego. W czasie semestru są dwie tzw. rubieżne kontrole, a na każdych zajęciach postawa studenta oceniana jest w tzw. balach. Do tego z każdego przedmiotu jest egzamin i to razem składa sie na końcowa ocenę. Według wyobrażenia tych śmiesznych ludzi z uczelni, my tez mamy przechodzić te procedurę:) Wiec wygłaszamy referaty, które są bardziej po polsku niż po rusku i oddajemy eseje. A robimy to tak, ze piszemy esej po polsku i wrzucamy do translatora polsko-ruskiego. Jak studia to studia:)
Podłoga u nas cały czas bardzo ładna. Noce chłodne, rano w pokoju tez (bo nikt tu jeszcze nie grzeje), ale w dzień około 20 stopni i piękne słonce. Dlatego korzystamy z okazji i raz w tygodniu chodzimy w góry. W zeszłym tygodniu byliśmy tez na wycieczce dla obcokrajowców nad wodospadem Turgien, a po jutrze jedziemy nad jezioro Issyk. Wszystko razem z naszymi nowymi przyjaciółmi z Chin i Korei, z którymi uczymy sie ruskiego:) Bo nie wiem czy Wam pisaliśmy, ale jest tu cały Wydział dla obcokrajowców gdzie uczą sie oni języka, historii i kultury Kazachstanu. Na zajęciach właściwie tylko Chińczycy i Koreańczycy. Za wszystko trzeba słono płacić, ale Polak potrafi:) Powiedzieliśmy po prostu, ze jak Kazachowie jada do polski to maja bezpłatny kurs polskiego, a chyba strona kazachska nie chce wypaść gorzej od polskiej. Nie chcieli i na ruski chodzimy bezpłatnie:) Tomek dwa razy w tygodniu, ja raz - bo tak nam udało sie to pogodzić z innymi zajęciami. Trafiliśmy od razu na ostatni rok kursu i uczymy sie np. w Koreańczykiem, który przez 5 lat studiował w Moskwie filologie rosyjska:) I to wcale nie wyjątek. Kitajcom (Kitajec to po rusku Chińczyk, a Kitaj to Chiny) jest bardzo trudno mówić w języku słowiańskim. Mniej wiece tak jak nam po chińsku. Na razie zapamiętaliśmy jedno słowo: "szi szi", co oczywiście oznacza "dziękuje". Podobne, prawda?:)
W sobotę oglądaliśmy razem z Kazachami potyczkę z Polska. Trochę było nam wstyd jak zgasły światła:) Dobrze, ze mamy tego Smolarka, bo inaczej byłoby wstyd pokazać sie w poniedziałek na studiach:) A w środę Portugalia... Bilety już wykupione. Jak byście chcieli nas namierzyć w telewizji to będziemy siedzieć na trybunie wschodniej, w sektorze 47. Powodzenia:)
Powoli zbieram sie na uczelnie. Trzeba przecież przedrzeć sie jeszcze przez korki, a potem przygotować do referatu, co by wszystko było profesjonalnie:)
Niedługo powinny pojawić sie tez nowe zdjęcia na stronie. Problemem jest to, ze internet w ONZ bardzo często nie działa, a to jedyny tak szybki internet w Armaty, żeby można było dodać zdjęcia:)
Trzymajcie sie!
- Zaloguj się lub zarejestruj by odpowiadać
Podróż Warszawa - Ałmaty
31 sierpnia byliśmy już pewni - tym razem musi sie udać. Mieliśmy wreszcie upragniona wizę i wykupione bilety. Czas był najwyższy - rok akademicki w Kazachstanie zaczyna sie 1 września, a pociąg jedzie do Ałmaty 6 dni. Oznaczało to, ze pojawimy sie na uniwersytecie z mniej więcej tygodniowym poślizgiem. Takie życie... W sobotę wieczorem (1.IX) z uśmiechem na twarzy (i trochę wzruszeni, ze tak dużo osób przyszło nas pożegnać - dzięki!!!) wsiedliśmy do pociągu relacji Warszawa - Astana. Z przerażeniem stwierdziliśmy, ze nikt w wagonie nie ma tyle bagażu co my. No prawie nikt... Znalazło sie jeszcze dwóch takich magików. Każdy z nich był wyposażony w plecak, dwie walizki, i kilka podręcznych reklamówek z jedzeniem i książkami na drogę. Co więcej wszyscy czterej trafiliśmy do jednego przedziału. Od tej pory, przez najbliższe cztery dni musieliśmy wybierać: albo leżenie w kuszetkach i zatarasowane wejście do przedziału, albo kuszetki zawalone walizkami, ale za to można wyjść z przedziału na korytarz. Po szybkim zapoznaniu, okazało sie, ze towarzysze naszej podroży to księża. Obaj uznaliśmy to za dobry znak, zwłaszcza, ze w sąsiednim przedziale obczailiśmy 3 zakonnice. Nic już nam nie było straszne, bośmy przecież wśród swoich. Po jakichś 30 minutach upychania bagażów po kątach, kiedy myśleliśmy, ze już wszystkie przygody za nami i możemy spokojnie zabrać sie do jedzenia kolacji, zajrzał do naszego przedziału jeden z dwóch prowaditieli. Ostrzegano nas, ze na Wschodzie nie wiele może sie udać bez łapówek, no ale nie spodziewaliśmy sie, ze Wschód zaczyna sie po drugiej stronie Wisły:) Ledwo opuściliśmy Warszawę, a jeden z kazachskich kierowników pociągu zażądał od nas, choć tak tego nie nazwał, łapówki. Chodziło o bagatela 100 dolarów. Inaczej miały nam grozić rożne nieprzyjemności na granicach, a zwłaszcza w Rosji. Po krótkich negocjacjach zbiliśmy cenę do 20 dolarów od łebka w zamian za gwarancje spokoju na wszystkich 8 przejściach granicznych. Tak doradziły nam zakonnice, które co roku jeżdżą na trasie Astana-Warszawa. Po prostu prowadnicy znają pograniczników i mogą im wskazać, który przedział należałoby skontrolować dokładnie, a który zostawić w spokoju. W każdym razie tak sobie wyobrażamy ten mechanizm.
Księża okazali sie dla nas wprost idealnymi kompanami - apetyt, miłość do spania i absolutna nieznajomość ruskiego czyli nasze lustrzane odbicia. W przedziale dozo sie jadło, pilo i modliło. Czyli wsio normalno:) A tak swoja droga to z tym "wsio normalno" tez było śmiesznie. Często pytano nas po drodze czy u nas wsio normalno, czy pociąg normalny, czy dziewczyny w Kazachstanie normalne itp.? Wietrzyliśmy w tym jakiś azjatycki kompleks wobec Europy. Wydawało nam sie, ze zadający takie pytania zadają od nas certyfikatu normalności dla tego, co zastaliśmy w Kazachstanie, ze chcą usłyszeć, ze u nich wszystko taki same (czyli tak samo dobre) jak w Europie. Dopiero potem sprawdziliśmy w słowniku, ze zwrot "wsio normalno" oznacza "wszystko w porządku" i pytanie czy pociąg normalny było wyrazem życzliwości ze strony kierownika pociągu, który pytla czy niczego nam nie brakuje. Powyższy pasus dedykujemy oczywiście Marysi Werner:)
Dni mijały nam bardzo szybko - na spaniu, jedzeniu (mieliśmy mała, turystyczna kuchenkę gazowa - zamykaliśmy sie w przedziale i gotowaliśmy sobie a to gołąbki, a to klopsiki, a to jakiś pyszny gulasz), brewiarzu, czytaniu książek i codziennych Mszach Świętych. Zaprzyjaźniliśmy sie z naszym dewo-towarzystwem i to chyba dzięki niemu podróż wspominamy jako bardzo, ale to bardzo przyjemna i wesoła.
Zgodnie z obietnica prowaditiela nie mieliśmy zdanych problemów na przejściach granicznych; no może poza małymi lapsusami natury językowej. Ale o tym, ze gdy na granicy Rosjanie pytali nas o wieści pokazywaliśmy gazety zamiast rzeczy osobistych, nikt chyba długo nie będzie pamiętał:) To nie nasza wina, ze po rusku i po polsku te same słowa nie znaczą tego samego:)
Jechał z nami ks. Grzegorz - ksiądz z diecezji poznańskiej. W maju pojawiła sie w jego sercu myśl o tym, żeby pojechać na Wschód na misje. Liczył na to, ze najpierw na rok trafi do warszawy, do ośrodka przygotowującego do wyjazdu misyjnego i wyjedzie gdy pozna już język i realia życia w Kazachstanie. Ale astański biskup - wobec deficytu kapłanów w Kazachstanie- uznał, że nie można zwlekać i wysłał ks. Grzegorza od razu do pracy w kazachskiej parafii. Drugim znajomym z przedziału był o. Marcin, Chrystusowiec ze Szczecina. Jechał na 3 lata do Czkalowa wymienić swojego współbrata . Oprócz tego w pociągu jechały z nami trzy zakonnice. Miedzy innymi karmelitanka Dorota. W tej chwili w Kazachstanie żyją 4 siostry karmelitanki. Przymierzają sie one do założenia klasztoru na północy Kazachstanu w Oziornem (największe katolickie sanktuarium w Kazachstanie - Matki Bożej Królowej Pokoju). Do czasu pobudowania klasztoru siostry te żyją oczywiście w klauzurze. Do Oziornego jechała tez s. Lidia - służebniczka. A trzecia siostra - Paschalia - towarzyszyła ks. Marcinowi do Czkalowa. Jak tak patrzy sie na cala piątkę, na to, ze zostawili cieple posadki w Polsce i zamienili je na prace wśród ubogich na stepie, to na prawdę nabiera sie przekonania, ze z tym chrześcijaństwem to musi być prawda. Dlatego podróż była tez dla nas duża lekcja wiary.
No i wreszcie w środę wieczorem, po czterech dniach jazdy, wylądowaliśmy na dworcu kolejowym w Astanie. Żeby nie było nam za dobrze, pociąg do Ałmaty mieliśmy dopiero za kilkanaście godzin. Czekała nas noc w stolicy Kazachstanu. Skazani byliśmy na pobliski hotel. Co gorsza okazał sie on dużo droższy niż zapowiadał przewodnik Lonely Planet. Tak czy inaczej nie mieliśmy wyboru - wybraliśmy najtańszy, pięcioosobowy pokój. Nad ranem okazało sie, ze noc spędziliśmy w towarzystwie 2 Polaków - ojca z synem - którzy od 3 tygodni podróżują po Wschodzie. Zostawiliśmy pod ich opieka nasze bagaże i poszliśmy na krotki spacer po mieście. Astana nie zrobiła na nas ogromnego wrażenia, choć podobno powinna. Być może trzeba tu pobyć dłużej, żeby docenić uroki miasta, a może nie dotarliśmy do miejsc, które powinniśmy zobaczyć. Nam dany był tylko dwugodzinny spacer. Potem coś przegryźliśmy i po 13-tej zapakowaliśmy sie do pociągu relacji Astana-Almata. Tym razem nie było już tak dobrze, choć narzekać nie możemy - pociąg nie miał przedziałów i wszyscy pasażerowie jechali w jednym wagonie - jest to typ pociągu platzkarta, oczywiście najtańsza :). Na szczęście Kazachowie to strasznie sympatyczni ludzie. Prowadnik pociągu ciągle nas pytał czy wszystko w porządku, a współpasażerowie ciekawili sie po co i gdzie jedziemy do Kazachstanu. Dużo satysfakcji dostarczyła nas rozmowa z grupa dziewczyn z Rosji i Kazachstanu, które jechały na Ałmaty na występy swojego teatru. Dlaczego? Bo okazało sie, ze jesteśmy w stanie rozmawiać po rosyjsku przez dwie godziny i co więcej sie dogadywać:) No może po rosyjsku mówiły bardziej one niż my, ale tego, ze sie byliśmy w stanie dogadać nikt nam nie zabierze:) Pierwsze lody z językiem rosyjskim zostały wtedy przełamane, a był to dopiero początek naszych lingwistycznych sukcesów. I niech Michalski nam jeszcze raz powie, ze nie mamy talentu do języków!:)
Po nocy spędzonej w pociągu dotarliśmy na miejsce. Na peronie czekał na nas Kazik Blankiewicz, który od roku mieszka i studiuje w Ałmaty. Nie wiemy jak byśmy sobie poradzili w pierwszych dniach bez jego pomocy. Zatem z tego miejsca serdecznie dziękujemy!
- Zaloguj się lub zarejestruj by odpowiadać