Na stronie znajdziesz relacje tekstowe i galerie zdjęć z podróży dwóch studentów z Polski do Kazachstanu Jeżeli chciałbyś wiedzieć, jak dwaj młodzi Polacy radzą sobie na Wschodzie, albo interesuje Cię Kazachstan - odwiedzaj nas często! Na stronie również fotografie z innych naszych podróży. Znajdziesz tutaj rozmaite galerie z najróżniejszych zakątków Polski i Świata.

Z Ałmaty do Karagandy...

Witajcie!

Czy to my w poprzedniej relacji narzekaliśmy na naszego jeepa? Jeśli tak, to była to z naszej strony niegodziwość:) Właśnie wróciliśmy z tygodniowej wyprawy po Kazachstanie. Przejechaliśmy ponad 3 tysiące kilometrów i jeep nawet tego nie zauważył. Sprawdził się zarówno jako środek lokomocji, jak i hotel, chociaż - przyznajmy - mocno niedogrzany hotel:) Kiedy nad ranem temperatura na stepie spadała do zera, w środku było niewiele cieplej. Nawet w naszych wypasionych śpiworach - pamiętasz Bors jak dzięki Twojej karcie Euro26 dostałem 5% zniżki na swojego Campusa?:) - było bardzo zimno. Ale spanie w samochodzie było najtańszym wariantem i dlatego o innym nie mogło być mowy:) Ale po kolei...

Ruszyliśmy w poprzednią środę (30.IV) około 14. Późno. Wszystko dlatego, że nie byliśmy pewni samochodu (który się nieustannie grzał) i do końca trwały testy. Po tym jak od nowa ustawiono nam zapłon postanowiliśmy zaryzykować i wyjechać. Na początku temperatura była wysoka (ale akceptowalna), a potem wszystko się już dotarło i do końca wyjazdu samochód nie sprawiał problemów. Ale przez to wszystko nie było mowy o tym, żeby wieczorem być w Karagandzie i noc musieliśmy spędzić na stepie (do Karagandy było 1000km, a my zatrzymaliśmy się w Bałhasze czyli jakieś 400km przed Karagandą). Po drodze jedyną przygodą było kończące się paliwo. Liczyliśmy, że zatankujemy po drodze, ale na jedynej stacji nie było prądu i trzeba było jechać do następnej (jakieś 100km dalej). Jak do niej dojechaliśmy, to w baku pozostały już chyba tylko opary. Na rezerwie jechaliśmy jakieś 70km:) Trochę mieliśmy stracha, bo jakby nam paliwo skończyło się po środku stepu, to byłby problem. Oczywiście zawsze można dojechać do najbliższej stacji na stopie, nabrać w butelkę po wodzie benzyny i wrócić stopem do samochodu, ale w warunkach stepu zajęłoby nam to wiele godzin. Krótko mówiąc mieliśmy szczęście:)

Do Karagandy dobrnęliśmy około 14 w czwartek. Od razu tego samego dnia postanowiliśmy jechać dalej - do Szortand, do znajomego księdza, którego spotkaliśmy w pociągu jadąc, jeszcze we wrześniu, z Warszawy do Kazachstanu. Ponieważ wiemy, że czasami zagląda na naszą stronę, to z tego miejsca serdecznie go pozdrawiamy i dziękujemy za gościnę! U księdza Grzegorza spędziliśmy piątek (w tym czasie obejrzeliśmy same Szortandy - około 6-tysięczne miasteczko i pobliskie wsie m.in. Nowokubankę), a w sobotę około 16 wróciliśmy do Karagandy. Dla fanów prezydenta Kaczyńskiego - a jest ich na pewno trochę wśród naszych czytelników:) - informacja, że dwa lata temu w Szortandach nasz prezydent przyjechał z wizytą do mieszkających tu Polaków, a w Nowokubance znajduje się tabernakulum, które prezydent podarował miejscowej Polonii w czasie wizyty. Krótki pobyt w Szortandach należał do bardzo miłych: zarówno ze względu na osoby gospodarzy:) (ks. Grzegorza i Romka) oraz ze względu na same Szortandy, które okazały się miejscem cichym i przyjemnym. A wokół kościoła był piękny, zielony ogród - rzecz w krajobrazie stepowy prawie niespotykana. Poczuliśmy się trochę jak w Polsce:)

W sobotę zostalismy już jednak sprowadzeni na ziemię. Karaganda to milionowe, przemysłowe miasto położone na stepie. Brzydkie, biedne, z fatalnymi drogami, typowo sowieckie. Najbardziej przygnębiające wrażenie robią kominy fabryk i kopalni, z których wydobywa się przeraźliwie czarny dym. Nikt tu nie dba o ekologie, zresztą nikt też nie dba o bezpieczeństwo górników. Jak już zdarza się awaria (a zdarza się często), od razu ginie kilkadziesiąt osób. Z drugiej strony Karaganda to bardzo serdeczni ludzie (żyje tu zdecydowanie więcej Rosjan niż w Ałmacie, choć Kazachowie mimo wszystko przeważają). Zatrzymaliśmy się u ojca Hansa na plebani. Ojciec Hans okazał się bardzo przyjemnym Bawarczykiem pracującym w Kazachstanie dopiero drugi rok. Przyjął nas bardzo serdecznie i dobrze karmił:) Zresztą do jedzenia mieliśmy wyjątkowe szczęście - w każdym kościele, do którego zaglądaliśmy czymś nas częstowano. W skrajnym przypadku jednego dnia zjedliśmy śniadanie, 3 obiady i 2 kolacje:) Próbowaliśmy się odwdzięczać i przy okazji jak oglądaliśmy okolicę Karagandy rozwoziliśmy też kościelną prasę.

W sobotni wieczór spotkaliśmy się z Bartkiem - jednym z jedenaściorga dzieci rodziny Jurczyków, Polaków mieszkających od 13 lat w Kazachstanie. Jurczykowie przyjechali do Karagandy w 1995 roku, jako rodzina posłana na misję do wspólnot neokatehumenalnych, które od prawie 15 lat istnieją w tutejszym kościele. Niestety, początkowo bardzo dobra współpraca z miejscowymi biskupami z biegiem czasu zaczęła się troszeczkę komplikować, ale wspólnoty istnieją i co ważne są zakładane nowe. I miło jest 6 tysięcy kilometrów od domu spotkać braci :). W sobotę wieczorem byliśmy na Liturgii Słowa we wspólnocie Bartka i Ester (ta skolei jest Włoszką - też z rodziny misyjnej posłanej z Włoch 13 lat temu). I było nam bardzo miło śpiewać po rosyjsku neo-pieśni i klaskać w rytm neo-szlagierów :).

Na niedzielę byliśmy zaproszeni na jutrznię do wspólnoty, odśpiewaliśmy psalmy i wybraliśmy się na Mszę do kościoła. Okazało się, że Mszę będzie odprawiał abp. Jan Paweł Lenga. Ukrainiec, który urodził się w Kazachstanie. Bardzo, bardzo sympatyczny i dobry dziadek. Ale...przecieraliśmy oczy ze zdziwienia patrząc na zegarki - Msza zaczęła się o 11, a skończyła dobrych kilka minut po 13. Kazanie biskupa - zaawansowane 50 minut :). Biskup przytulony do pastorału na długo pozostanie w naszej pamięci. A kazanie - o rybałce, telewizji, kilka pytań do zgromadzonych babuszek, a wszystko to z pobożnymi odnoszeniami.

Ostatniego dnia pobytu na północy zobaczyliśmy Dolinkę. Dziś jest to mała miejscowość, kiedyś jeden z ośrodków Karłagu. Karłag to natomiast jeden z większych łagrów w całym ZSRR (stolicą była Karaganda). Według Sołżenicyna zginęło w nim blisko 1,5 miliona ludzi! Umierali z głodu, zimna lub przemęczenia. Pracowali na budowach (budowali Karagandę) lub w pobliskich kopalniach. W samej Dolince znajduje się muzeum upamiętniające ludzi, którzy zginęli w Karłagu (całkiem nowoczesne jak na warunki byłego ZSRR), cmentarz (na którym leżą głównie niemowlęta i księża, którzy w czasach Karłagu próbowali posługiwać deportowanym tu więźniom) oraz budynek, w którym znajdowało się dowództwo Karłagu. Budynek dziś jest jeszcze w opłakanym stanie, ale są plany żeby właśnie tam przenieść za kilka lat muzeum. Oprócz tego, że pobyt w Dolince nie pozostawia nikogo obojętnym, duże wrażenie zrobiła na nas pani przewodnik. Samo muzeum i okolice zwiedzaliśmy bowiem z wycieczką z pobliskiej szkoły, a pani przewodnik mówiła śmiało o tym, że ZSRR był systemem zbrodniczym czy o tym, że zbrodni katyńskiej dokonali Rosjanie. W Polsce wszyscy to wiedzą, ale tu, nawet we współczesnych podręcznikach są to tematy tabu. Nikt już oczywiście nie mówi o tym, że Katyń przygotowali Niemcy, a po prostu sprawę się przemilcza. O czasach ZSRR mówi się raczej pozytywnie jako o okresie kiedy Rosjanie/Kazachowie decydowali o losach świata. Za tą mocarstwowością czasów komunizmu bardzo się tu tęskni. Najlepszym dowodem będzie jutrzejszy dzień (9 maja to tu koniec 2 wojny światowej tzw. dzień pobiedy) gdy na ulice Ałmaty wyjadą czołgi, będę odbywać się defilady, a ulice zapełnią się kombatantami tonącymi w orderach.

Tymczasem my w poniedziałek ruszyliśmy z powrotem do Ałmaty. Po drodze zobaczyliśmy Sspask, gdzie znajduje się ogromny cmentarz tych, którzy zginęli deportowani do Kazachstanu w czasie wojny. Są też pomniki upamiętniające wszystkie narodowości, których przedstawicieli przywieziono na okołokaragandyński step (jest oczywiście także polski pomnik). A we wtorek wieczorem ponownie zawitaliśmy do Ałmaty!

Jak się okazało była to ostatnia daleka podróż naszym dżipem. Po niej trzeba zmienić amortyzator, drążek kierowniczy i jeszcze kilka innych rzeczy. W sumie naprawa nam się nie opłaca i zdecydowaliśmy, że sprzedamy samochód w takim stanie w jakim jest, a na kolejną wyprawę pojedziemy pociągiem (tym bardziej, że tam gdzie jedziemy drogi są w fatalnym stanie). Tak więc wszystkich ludzi,którym dobrze życzymy ostrzegamy: uważajcie na czerwoną Corollę z kierownicą po prawej stronie! Pod żadnym pozorem jej nie kupujcie - to worek bez dna:) A Corolli za wspólnie spędzone w Kazachstanie dni dziękujemy:)

Pozdrawiamy Was z upalnej Ałmaty!!!

Piotrek, Tomek 08.05.2008r.

P.S. Wkrótce wrzucimy jakieś zdjęcia z wyprawy.

Przed wyjazdem na północ Kazachstanu.

Witajcie!!!

Co tam u Was słychać? I dlaczego wszyscy zapomnieli, że istniejemy i nic nie piszą?:)

Nasze życie w Kazachstanie w całości usłane jest różami:) Wszystko się nam układa. Do kaszy gryczanej się przyzwyczailiśmy, a nawet ją trochę lubimy, dostaliśmy wymarzoną wizę do Uzbekistanu (po rozmowie ze srogim konsulem, który nas w kółko pytał czy nie ma innych przyczyn wyjazdu niż turystyczne), a na dodatek zakończyliśmy już studia! Ostatnie zaliczenie zdobyliśmy dziś i jutro ruszamy na północ Kazachstanu. Zdobywanie zaliczeń i zdawanie egzaminów wyglądało dość specyficznie. Po tym jak uprosiliśmy pierwszą piątkę od jednego z wykładowców, wszystkim powtarzaliśmy, że kartę zaliczeniową trzeba wypełniać jak zrobił to Pan wyżej:) W ten sposób przez kilka minut zdaliśmy 6 egzaminów, wszystkie na piątki. Polak za granicą potrafi:)

Jedyne co nas trochę martwi to nasz jeep, bo ładujemy w niego ostatnio mnóstwo kasy, a cały czas nie mamy pewności, że to koniec. Najpierw jak jechaliśmy na Czaryński Kanion zagotowała nam się woda, spaliła podkładka pod głowicą i woda zaczęła wlewać się do silnika. Jak zjechaliśmy do warsztatu (już w Ałmaty) olej miał specyficzny kolor i był dziwnie mało gęsty i mało oleisty:) Remont (łącznie ze szlifowaniem głowicy) kosztował mnóstwo pieniędzy, a jeszcze nie rozwiązał przyczyny, dla której zagotowała nam się woda w drodze na Czaryn. Problem rozwiązywany jest właśnie teraz kiedy czytacie tą wstrząsającą relacje i czy starczyło nam pieniędzy opowiemy w następnym odcinku:) Nie zamyka to oczywiście listy problemów. W między czasie złapaliśmy gumę i przerdzewiał nam tłumik. Jeszcze wieczorem czeka nas jego spawanie. A jak odkręciliśmy filtr powietrza, żeby go przeczyścić, to ze środka wyłowiliśmy dwie muchy:) Pamiętajcie - nigdy nie kupujcie samochodu od Kazacha, a już na pewno od żadnych studentów z Polski:)

Ostatnio sporo czasu spędzamy w bibliotekach zbierając materiały do pracy magisterskiej. Ja rozważam dwa tematy: albo problem społeczeństwa obywatelskiego w Kazachstanie, albo tożsamości narodowej Kazachstańców. Materiały zbieram równolegle, a potem w Polsce zadecyduję na jaki temat pisać. Tomasz już zdecydował, że będzie pisał o problemie narodowym w Kazachstanie, ewentualnie o konfliktach na tym tle. Oprócz tego pomagamy siostrom Matki Teresy kopać ogródek (ale nie tak często jak w poprzednim semestrze) i sporo czasu spędzamy ze znajomymi, których ostatnio poznajemy mnóstwo, co oczywiście musi znakomicie wpłynąć na naszą rusyczyzne. Rezultaty do posłuchania po powrocie:) Do tego codziennie biegamy i ćwiczymy na drabinkach, a wyjątek stanowi niedziela (kiedy odpoczywamy z definicji) i dni, gdy jedziemy na wschód słońca, ale to ostatnie na razie zdarzyło się tylko raz:)

Babcia twardo częstuje nas codziennie kaszkami i zupkami. Na szczęście namówiliśmy wreszcie ją, żeby kaszek nie słodziła i od tej pory kaszki jemy z majonezem i pomidorem. Majonez wychodzi nam już uszami, a pomidory podrożały, bo zakazano ich importu z Chin, ale o powrocie do słodzonych kaszek nie ma mowy:) Gorzej jest z zupami: ostatnio babcia znalazła jakąś starą kapustę kiszoną, która na nasz nos ma kilka lat i ugotowała na niej barszcz:) Jemy już go dwa dni, ale została jeszcze co najmniej połowa więc nie jest łatwo. Na szczęście od czasu do czasu jakieś dziewczyny zapraszają nas na kolację (lepszy wariant), albo my zapraszamy je do restauracji (gorszy wariant) - w każdym razie chyba tylko dzięki temu jeszcze żyjemy:) Tak czy inaczej jedzeniowe wspomnienia z Kazachstanu są murowane:) A Wy trzymajcie kciuki, żeby nie przyszło nam do głowy zaprosić Was na wieczór kazachski, gdzie zaserwujemy nacjonalne potrawy Kazachstanu:)

Tak więc widzicie, że nie jest u nas nudno i, że Kazachstan na każdym kroku zaskakuje. A najbardziej zaskakują kulinarne pomysły naszej babci:)

Trzymajcie się!!! My najwcześniej odezwiemy się za tydzień czyli po tym jak wrócimy z Karagandy. Pozdrowienia!!!

Piotrek i Tomek

P.S. Możecie już obstawiać u bukmacherów czy nasza strzała wytrzyma te 4 tysiące kilometrów, które zamierzamy jej w nabliższych dniach zafundować:)

Kazachstan, Ałmaty, 30.04. 2008r.

Co w lutym i marcu u nas się działo?

Witajcie Kochani!
Właśnie mija połowa naszej poświątecznej wyprawy do Kazachstanu. Pogodę mamy znakomitą - zaczęła się już wiosna. Zauważyli to wszyscy, poza administracją naszego budynku. Na zewnątrz temperatura osiąga 25 stopni, ale kaloryfery grzeją jak grzały przy -27. Po domu chodzimy zatem w kąpielówkach, a jak nie ma babki to i bez:)
Wiosna ma jeszcze jedną zaletę - nie musimu już dolewać wódki do płynu do spryskiwaczy. Wcześniej było to konieczne, bo woda z Ludwikiem, którą zalewaliśmy zamiast płynu (ach te cięcia budżetowe) przy - 20 stawała się zbyt gęsta by skutecznie czycić szyby:) Jesteśmy zatem jakieś 2 złote do przodu (miesięcznie), bo tyle w Kazachstanie kosztuje 0,5 litra wódki.
Dobiega końca jedenasty tydzień zajęć, a do tej pory są przedmioty, które nie odbyły się ani razu. Czasami przeszkadza zbliżający się Dzień Kobiet (w końcu na wydziale pracuje dużo pań, które trzeba pozdrowić z okazji zbliżającego się święta), czasami nie przychodzą studenci, czasami wykładowca jest akurat zajęty innymi sprawami wagi państwowej. Nie przeszkadza nam to z sukcesami zdobywać kolejne zaliczenia. W indeksie dumnie stoi już pierwsza piątka z egzaminu, którego nie było, a wkrótce spodziewamy się kolejnych. Nie jest zatem łatwo, co na szczęście zauważają wykładowcy. Ostatnio docent od przedmiotu "Polityka wewnętrzna i zagraniczna Kazachstanu" wyznała w przypływie szczerości, że najgorsze jej lata w życiu to okres studiów, bo trzeba było czytać książki:) Zupełnie zrozumiałe zatem, dlaczego została na uniwerytecie i oddała się pracy naukowej. Nieprawdaż?
Oczywiście trudy naukowej pracy nie uniemożliwiają nam innych rodzajów działalności społecznie pożytecznej. Ostatnio zapoznaliśmy dwie dziewczyny: jedna z Austri, a druga ze Szwajcarii, które na codzień pracują w Astanie (uczą francuskiego i niemieckiego), a do Ałmaty przyjechały na kilka dni urlopu. Naszą sympatię zyskały natychmiast, gdy tylko okazało się, że tak jak i my nie znają angielskiego, a do tego uzanają nas za lingwistyczne autorytety w sprawie języka rosyjskiego. Byliśmy dla nich jak ruska wersja Miodka i Bralczyka zarazem:) Z naszego punktu widzenia znajomością wydaje się idealną, bo leczy nasze językowe kompleksy i niweluje wyrzyty sumienie, że mija właśnie kolejny dzień, a znów nie zabralismy się za nauke języków:) Co więcej wybieramy się w maju do Astany i nie mamy ochoty płacić 100 dolarów za noc w hotelu. A do tego Szwarjacia i Austia to chyba ciekawe kraje i warto by się tam wybrać. Zwłaszcza jeśli nocleg byłby za darmo:) Już możecie w napięciu czekać na nasze wstrząsające relacje z tej części Europy!
Poza tym, a może by należało od tego zacząć, tak jak i u Was, także i u nas Chrystus zmartwywstał, tylko, że 5 godzin wcześniej:) Święta spędziliśmy po polsku: najpierw poświęciliśmy pokarmy (w kościele byli prawie sami Polacy), potem byliśmy na Liturgi Wigilii Paschalnej, a na końcu zabraliśmy się za konsumpcję upieczonych własnoręcznie mazurków. Smak polskiego mazurka na obczyźnie - bezcenne!!!
Mamy już też bilety powrotne. Przylecimy 20.06 z Taszkientu (stolica Uzbekistanu) do Rygi. A potem albo samolotem, albo autobusem wrócimy do Warszawy. Wolelibyśmy polecieć LOT-em, ale te głupki nie uznają opłaty za bilet z Karty Visa Elektron więc nie bardzo mamy jak zapłacić za bilet. Do tego nikt nie może tego zrobić za nas, bo płatności można dokonać tylko z karty zarejestrowanej na nazwisko pasażera. Trochę paranoja, ale wysłaliśmy już meila do LOT-u i zobaczymy co nam zaproponują.
Przed Taszkientem, a już po zakończeniu zajęć (co nastąpi około 10 maja) chcemy wybrać się na nasze czerwonej strzale na północ Kazachstanu. W ciągu kilkunastu dni zrobimy na pewno kilka tysięcy kilometrów - zobaczymy czy grat wytrzyma:) Oprócz stolicy (Astany) chcemy też zobaczyć jezioro Balchasz i Morze Kaspijskie. Wracamy do Ałmaty 26 maja (na urodziny naszej babuszki), sprzedajemy samochód, bagaże odsyłamy pocztą do Polski i ruszamy do Kirgizji. Od 6.06 zaczyna już działać nasza uzbecka wiza (której, co prawda jeszcze nie mamy) i do 20.06 jesteśmy w Uzbekistanie. A potem wracamy, żeby zobaczyć wasze lica, za którymi się już trochę stęskniliśmy:)
Trzymajcie się i oddzywajcie!!!
Pozdrowienia,
Tomek i Piotrek

O Biszkeku i nowym nabytku...

WITAJCIE!

Po podróży do Biszkeku spodziewaliśmy się wszystkiego, ale nie tego, że po wylądowaniu będzie -27 stopni. A tak wlaśnie było. Okazalo się, że w Kirgizji trwa zima stulecia - nawet najstarsi Kirgizi nie pamiętali mrozów, które trwalyby tak dlugo. W swoich bezrękawnikach i polarach trochę zatem na początku zmarźliśmy:) Szybko jednak udało nam się znaleźć taksówkę (czy raczej lepiej powiedzieć, że to tłum taksówkarzy znałazl nas) i pojechaliśmy do dobrze nam znanego hotelu, w którym mieszkalismy po drodze do Polski na Święta. Hotel był dobrze znany, znane więc nam też były warunki w jakich przyjdzie nam spędzić kilka najbliższych dni. Bródno, śmierdząco, powyrywane kontakty, poobrywane szafki, a cały ten luksus za jedyne 35 zlotych od osoby za noc:) Oczywiście za wrzątek płaci się oddzielnie czyli wszystko jak w słabym schronisku:) Do tego zimno: na korytarzach kilka stopni na plusie, w pokojach trochę lepiej,ale na pewno poniżej 15 stopni. Ciekawe jak wyglądają inne hotele, skoro o tym Lonely Planet napisał, że standard jest przyzwoity:)

Dlugo zatem w hotelu nie siedzieliśmy i czym prędzej poszliśmy na miasto. Na początku na umówione spotkanie z ojcem Jerzym - Polakiem, który jako misjonarz pracuje w Biszkeku już ósmy rok. Ściślej rzecz biorąc, w ostatnich latach ksiądz Jerzy bardziej niż w Biszkeku pracuje raczej koło Biszkeku: obsluguje okoliczne wsie, do których dowozi lekarzy (i lekarstwa) i gdzie posluguje jako kaplan. Kilka razy wybralismy sie z nim (na pomaranczowym, 16-letnim Transporterze) na takie "objazdy" po okolicy.
Co na tej podstawie można powiedzieć o Kościele w Kirgizji? Że katolików jest bardzo mało - około 500 osób w całym kraju, że sytuacja materialna Kościoła jest trudna - Kościół nie ma swoich budynków, często msze odpawiane są w domach u ludzi. Wreszcie, że praca misjonarza jest trudna, bo katolicy rozsiani są po całej okolicy. Czasami trzeba pokonać 100 kilometrów tylko po to, by odprawić mszę dla kilku osób. Ludzi po prostu nie stać, żeby samemu przejechać te 100 km więc misjonarze nie mają wyboru. Ksiądz Jerzy na przykład tygodniowo przejeżdza ponad 1000km. My wybraliśmy się na trzy takie wyjazdy. Pierwsze zdjęcia z Kirgizji pojawią się wkrótce, ale z większością mamy jeszcze problem, który spodziewamy się rozwiązać za kilka tygodni.

O Kirgizi mówią, że nie ma takiego miejsca w tym kraju, z którego nie byloby widać gór. I to chyba prawda. W ogóle przyroda w Kirgizji jest przepiękna. Nam, niestety, na górskie wędrówki nie pozwolily warunki pogodowe. Ale obiecaliśmy sobie, że jeszcze tam wrócimy :). Plan jest taki, żeby do Kirgizji wybrać się w maju. Gdy nie będzie już śniegu i pogoda będzie bardziej sprzyjająca. Chcielibyśmy pojechać na poludnie - do Oszu i Dżalalabadu. To podobno zupelnie inny świat niz sam Biszkek - bardziej orientalny: bo nie ma tam juz bialych, bo rusyfikacja udala sie w mniejszym stopniu itd.

Po tygodniu od wyladowania w Biszkeku zabralismy sie z Franciszkankami samochodem (jeszcze nie swoim:)) do Almaty. Tak zakończyl sie pierwszy, a zacząl drugi etap nasze poświątecznej wyprawy do Azji Centralnej - szukanie samochodu:) Obejrzeliśmy kilkanaście samochodów. Ogromna większość byla w stanie tragicznym: bez reflektorów, z wyciekającym olejem, powgniataną karoserją; wiele aut od samego początku wymagalo poważnym remontów. Do tego wszystko bylo drogie, bo za mniej wiecej 20 letni samochod trzeba tu zaplacić okolo 1500-2000 dolarów. Dlatego zaczęliśmy szukać wśród samochodów z kierownica po prawej stronie. Takie są tańsze, bo można je importować bez żadnych przeróbek z Japonii, gdzie ruch jest lewostronny. Wreszcie po kilku dniach kupiliśmy 19-letnią Toyotę Corollę II z automatyczną skrzynią biegów i silnikiem 1.3. Kiedy placiliśmy za samochód wydawal nam on się być w stanie przyzwoitym. Jaki byl jego rzeczywisty stan okazalo się po paru dniach:)

Poza rutynowymi czynnościami związanymi z kupnem starego grata jak wymiana oleju, świec, filtrów, zmieniliśmy też klocki hamulcowe i wydawalo się nam, że przez najbliższe pól roku nie będziemy gościć w almatyńskich warsztatach. Niestety postanowiliśmy się szarpnąć i zmienić także olej w skrzyni biegów. Niestety, bo po pierwsze bylo to drogie, a po drugie po podniesieniu auta do góry okazalo się, że caly spód silnika jest w oleju: ze przeciekaja tzw. salniki. Polskiej nazwy tej części do dziś nie możemy zapamiętać:) Same salniki przypominają zwykle uszczelki i razem kosztowaly nas okolo 60zl, ale za ich wymianę (wymagane rozebranie polowy silnika) w Almaty zaśpiewano 800zl. Dlatego szczęścia poszukaliśmy w pobliskim Talgarze (który jest już Wam znany, bo mieszka tam ks. Trela, o którym sporo pisalismy) i znaleźliśmy warszat, w którym zgodzono się dokonać naprawy za polowę ceny. Kiedy piszemy te slowa, nasz czerwony staruszek:) stoi wlaśnie w remoncie i jutro go odbieramy. Tym razem mamy nadzieję, że to na prawdę koniec napraw:) Bo poza tym wyciekiem oleju samochód sprawuje się przyzwoicie. Zrobiliśmy już blisko 1000 km (większość w korkach po Almaty) i nic niepokojącego się nie zdarzylo. No może to przyśpieszenie mogloby być trochę lepsze:)

Tak czy inaczej od tygodnia jest u nas Gosia. Chyba same miasto jej specjalnie nie zauroczylo, no i też się specjalnie nie dziwimy:) Almata po Nowym Roku jest jeszcze bardziej zakorkowana niz przed naszym wyjazdem, bo zaczęly się spore remonty. I tak samo brudna jak w 2007:) Dlatego spacerowanie po niej nie należy do przyjemności. Dobrze, że chociaż są góry wokól miasta, to od czasu do czasu można pooddychać swieżym powietrzem.

Zajęcia na uczelni trzymają swój kazachski poziom. Na przyklad w sobotę wybraliśmy się z Gosią na wyklad, który mial się zacząć o 9.50. Weszliśmy do sali, a tam wszyscy przy herbacie i torcie obchodzą czyjeś urodziny. Po godzinie przychodzi wykladowczyni i pyta czy już przypadkiem zajęcia nie powinny się zacząć? Po czym informuje, że jeśli tak, to ona przeprasza, ale ma jeszcze różne sprawy do zalatwienia i wychodzi. Potem wraca na ostatnie minuty i toczy się jakaś luźna rozmowa niezwiązana z tematyką przedmiotu. A potem Pani zwalnia grupę wcześniej do domu:) Kochamy ten kraj i to miasto!:) I wlaśnie z tego kraju i z tego miasta przekazujemy Wam pozdrowienia!:)

Nowości w Galerii

Korzystając z szybszego internetu, będąc w Polsce umieściliśmy na stronie trochę zdjęć samej Ałmaty, jak również zdjęcia z patriotycznej wyprawy w góry 11 listopada :) Przenosimy się dziś również na nowy serwis, co w naszym przypadku wiąże się ze zmianą adresu. Teraz zdjęcia powinny się szybciej ładować!

Święta w Kazachstanie

Witajcie wszyscy ;)

Dziś jest niedziela 28 października - co ciekawe - dzień pracujący, odrabiamy piątek 26 :) Dla nas jest to nieprawdopodobne, ale np. przed momentem podjechała pod nasz dom śmieciarka i zabiera śmieci ... niedziela godz. 17:00 :)... nie przepiękne? :)!!! 25 października jest w Kazachstanie święto narodowe. W związku z tym, starym radzieckim zwyczajem, jest darmowe wejście do kinoteatrów dla pensjonierów (emerytów). Nasza babuszka nie może przepuścić takiej okazji... :). W tym roku święto wypadło w czwartek więc Prezydent zdecydował, że dodatkowo wszyscy będą mieć wolny piątek - żebyśmy wszyscy mogli bez ograniczeń świętować suwerenność Kazachstanu... Chwała mu za to. Szkopuł w tym, że piątek tzeba odpracować w niedzielę. Ale myśmy się nie dali ... znamy Dekalog i pamiętamy III przykazanie. W zwązku z tymi kilkoma wolnymi dniami, wybraliśmy się na wycieczkę w okolice Ałmaty (w promieniu 600/700 km).

W czwartek wieczorem mieliśmy pociąg do Turkiestanu. Jest to podobno - zdaniem niektórych - jedyne miejsce w Kazachstanie, które warto zobaczyć ze względów historycznych. Turkiestan nazywany jest przez Kazachów II Mekką. Wszystko z powodu mauzoleum Jassyka, które się tam znajduje. A jeśli idzie o Jassyka, żył on w XII/XIII w. i był człowiekiem, który dostosował islam do warunków kazachskich. Uznaliśmy, że skoro mamy poznać Kazachstan, nie możemy nie pojechać w najświętsze dla Kazachów miejsce. Pociąg do Turkiestanu jedzie, bagatela, 17 godzin. My swoim zwyczajem, wybraliśmy opcje low price tzn. plazkarta. Jest to otwarty wagon bez przedziałów, w którym wspólnie podróżuje ok. 60 osób. Wsiadając do pociągu nie podejrzewaliśmy jakie przygody i przyjaźnie w nim zawrzemy. Rano okazało się, że pół wagonu to wracająca z wesela rodzina. Podróż spedziliśmy zatem przy butelce...no dwóch :), baraninie, koninie i chlebie. Zaprzyjaźniliśmy się z dwoma wujkami panny młodej. Jeden pracuje w jakiejś zagranicznej firmie zajmującej się wydobywaniem i obróbką ropy, drugi mówił, że jest bandytą ... :) Nie wiem dlaczego, ale obu nam się wydaje, że nie żartował.

W Turkiestanie czekała na nas grupa znajomych - Ujgurka, Koreanka, dwie Chinki i jeden Kazach. Z Ujgruką uczymy się w jednej grupie rosyjskiego, Koreankę znamy z dwóch wycieczek: na jezioro Issyk i Turgiencki wodospad. Z Kazachem nie znaleźliśmy wspólnego języka ... Okazało się, że noc mamy spędzić w 3 gwiazdkowym hotelu: pokój z klimatyzacją, tv-sat i śniadaniem. Jego szczęście w tym, że Turkiestan jest tani i lepszego hotelu w tym mieście nie wybudowali :). Noc kosztowała nas 55 zł od łepka więc jakoś przeżyliśmy, choć było to bolesne...:P.

Mauzoleum Jassyka nie zrobiło na nas dużego wrażenia. Jak to mówią Ruskie "ujdiot" czyli bez rewelacji...

Potem pojechaliśmy taksówką (!!!) - kompromis z Kazachem - do oddalonego o 80 km najstarszego meczetu na terytorium Kazachstanu. Ma podobno 1500 lat, podobno... Długo nie mogliśmy się pozbieraĆ po tej podróży taksówką, rozumiecie ... Człowiek ma swoje zasady :). Ale chyba było warto, bo widzieliśmy ... pasące się na stepie wielbłądy!!! Pierwszy raz w życiu, SUPER :)!

Po przejażdżce taksówką powiedzieliśmy sobie dość kompromisów!!! - i nie poszliśmy do hotelowej restauracji, a znaleźliśmy bar trochę bardziej w "naszym stylu". Taki, w którym szaszłyk + herbata = 2,5 zł.

Następnego dnia byliśmy nieugięci i nie pozwoliliśmy na to, żeby pojechać taksówką do odległego o 150 km Szymkientu. Grupa poparła nas i pojechaliśmy autobusem...ufff. Szymkient, to miasto, w którym żyje ok. 0,5 mln mieszkańców. Poza tym nic w nim szczególnego nie ma. Słynne jest z wysokiego stopnia przestępczości, mafii i ma miano zagłębia narkotykowego Kazachstanu. Myśmy się nie bali, w końcu w pociągu poznaliśmy jednego z kazachskich mafiosów, który powtarzał do znudzenia - budiet problem, adin telefon, my pryjediem, zabierajem was, a kawo nada ... pufff, panimajecie? :) W związku z tym, nic nam nie bylo straszne.

Na dworcu autobusowym nasza grupa podzieliła się. My nie chcieliśmy się zgodzić na zwiedzanie miasta zza szyb samochodu znajomych naszego Kazacha. Zwłaszcza, że wszystkie szyby były przyciemniane :). I razem z Koreanką wybraliśmy się na spacer po mieście. Nikt nas nie pobił, nikt nie zaczepił, co więcej napotykani ludzie byli sympatyczni i serdeczni, jak zawsze. Widać nasze kontakty pracują...

I tak dziś, po 15 godzinach jazdy pociągiem wróciliśmy do domu.

Jeszcze jedną pałkerską rzeczą w naszym wyjeździe jest to, że napisaliśmy pracę naukową :). Tak tak nasi Drodzy i to po angielsku ... :). 7 listopada na naszym uniwersytecie odbywać się będzie międzynarodowa konferencja poświęcona problemowi bezpieczeństwa. Poproszono nas, jako wybitnych znawców tej tematyki, żebyśmy napisali na ten temat tekst, który potem zostanie opublikowany w okolicznościowym żurnalu wychodzącym z okazji konferencji. Tekst napisaliśmy po polsku, na podstawie różnych (jednego wystąpienia ministra Rotfelda, któremu z całego serca w tym miejscu dziękujemy ... :) ) materiałów znalezionych w internecie. Całość za pośrednictwem translatora przetłumaczyliśmy na język angielski. Poziom tłumaczenia pozostawiał wiele do życzenia - co bardziej urokliwe kwiatki to:
- różnica pomiędzy bogatą północą a biednym południem ... propozycja translatora: "poor midnight and reach noun", albo
- świat po 11 września nie jest taki sam, komputer przetłumaczył jako: "world after 11th September is not alone".
Po pierwszym sprawdzeniu, wysłaliśmy tekst do Polski i wszystko nam poprawiła Małgosia, DZIĘKI :). Ale poziom pałkerstwa tego tekstu naukowego jest dość wysoki. Smaczku tej sprawie dodaje kolejna propozycja. W dniach 22-23 listopada szykuje się międzynarodowa konferencja. Tym razem na wydziale historycznym...:). Już zostalismy poproszeni o napisanie tekstu na wybrany przez siebie temat. Ciekawe co na to minister Rotfeld...

Przyjaźnie z Kitajcami

Kiedy pisze te slowa jest 16 pazdziernika, 8.30. Tomek powinien wlasnie dojechac na uczelnie, ja zaczynam dzis pozniej. To juz 6 tygodni jak przyjechalismy do Almaty. Powoli przyzwyczajemy sie do tego miasta. Nawet transport nie wydaje nam sie juz taki straszny. W sumie 90 minut dziennie spedzone w autobusie, to nie tak duzo:) Mniej wiecej wiemy juz w jaki dzien, jaki autobus stoi w jakich korkach - i po prostu probujemy wyciagac z tego wnioski. Nie wszysto da sie oczywiscie przewidziec. Na przyklad w ostatnia niedziele na ulicy, na ktorej mieszkamy utknelismy w 20 minutowym korku. Gdybym powiedzial, ze ta ulica jest wielkosci Karwinskiej, to pewnie bym przesadzil, ale od Odynca jest juz mniejsza i na pewno wielokrotnie krotsza:). Po kilku minutach nawet kierowca zwątpił w to, że da się wmiarę "szybko" z tego korka wyjechać, w związku z tym ... wyłączył silnik :). A bylo niedzielne poludnie...
Na uczelni jest nieustannie smiesznie. Wszyscy traktuja nas bardzo na serio. Nie przyjmuja do wiadomosci, ze nie mowimy po rusku i kaza nam odrabiac prace domowe, wyglaszac referaty, a wczoraj pewna Pani dala mi do wypelnienia kolokwium. Oczywiscie podziekowalem:) Zreszta system akademicki jest tu zupelnie nie podobny do polskiego. W czasie semestru sa dwie tzw. rubiezne kontrole, a na kazdych zajeciach postawa studenta oceniana jest w tzw. balach. Do tego z kazdego przedmiotu jest egzamin i to razem sklada sie na koncowa ocene. Wedlug wyobrazenia tych smiesznych ludzi z ucelni, my tez mamy przechodzic te procedure:) Wiec wyglaszamy referaty, ktore sa bardziej po polsku niz po rusku i oddajemy eseje. A robimy to tak, ze piszemy esej po polsku i wrzucamy do translatora polsko-ruskiego. Jak studia to studia:)
Podoga u nas caly czas bardzo ladna. Noce chlodne, rano w pokoju tez (bo nikt tu jeszcze nie grzeje), ale w dzien okolo 20 stopni i piekne slonce. Dlatego korzystamy z okazji i raz w tygodniu chodzimy w gory. W zeszlym tygodniu bylismy tez na wycieczce dla obcokrjowcow nad wodospadem Turgien, a po jutrze jedziemy nad jezioro Issyk. Wszystko razem z naszymi nowymi przyjaciolmi z Chin i Korei, z ktorymi uczymy sie ruskiego:) Bo nie wiem czy Wam pisalismy, ale jest tu caly Wydzial dla obcokrajowcow gdzie ucza sie oni jezyka, historii i kultury Kazachstanu. Na zajeciach wlasciwie tylko Chinczycy i Koreanczycy. Za wszysko trzeba slono placic, ale Polak potrafi:) Powiedzielismy po prostu, ze jak Kazachowie jada do polski to maja bezplatny kurs polskiego, a chyba strona kazachska nie chce wypasc gorzej od polskiej. Nie chcieli i na ruski chodzimy bezplatnie:) Tomek dwa razy w tygodniu, ja raz - bo tak nam udalo sie to pogodzic z innymi zajeciami. Trafilimy od razu na ostatni rok kursu i uczymy sie np. w Koreanczykiem, ktory przez 5 lat studiowal w Moskwie filologie rosyjska:) I to wcale nie wyjatek. Kitajcom (Kitajec to po rusku Chinczyk, a Kitaj to Chiny) jest bardzo trudno mowic w jezyku slowianskim. Mniej wiece tak jak nam po chinsku. Na razie zapamietalismy jedno slowo: "szi szi", co oczywiscie oznacza "dziekuje". Podobne, prawda?:)
W sobote ogladalismy razem z Kazachami potyczke z Polska. Troche bylo nam wstyd jak zgasly swiatla:) Dobrze, ze mamy tego Smolarka, bo inaczej byloby wstyd pokazac sie w poniedzialek na studiach:) A w srode Portugalia... Bilety juz wykupione. Jak byscie chcieli nas namierzyc w telewizjii to bedziemy siedziec na trybunie wschodniej, w sektorze 47. Powodzenia:)
Powoli zbieram sie na uczelnie. Trzeba przeciez przedrzec sie jeszcze przez korki, a potem przygotowac do referatu, co by wszystko bylo profesjonalnie:)
Niedlugo powinny pojawic sie tez nowe zdjecia na stronie. Problemem jest to, ze internet w ONZ bardzo czesto nie dziala, a to jedyny tak szybki internet w Almaty, zeby mozna bylo dodac zdjecia:)
Trzymajcie sie!

Podroz Warszawa - Almata

31 sierpnia bylismy juz pewni - tym razem musi sie udac. Mielismy wreszcie upragniona wize i wykupione bilety. Czas byl najwyzszy - rok akademicki w Kazachstanie zaczyna sie 1 wrzeњnia, a pociag jedzie do Almaty 6 dni. Oznaczalo to, ze pojawimy sie na uniwersytecie z mniej wiecej tygodniowym poslizgiem. Takie zycie... W sobote wieczorem (1.IX) z usmiechem na twarzy (i troche wzruszeni, ze tak duzo osob przyszlo nas pozegnac - dzieki!!!) wsiedlismy do pociagu relacji Warszawa - Astana. Z przerazaniem stwierdzilismy, ze nikt w wagonie nie ma tyle bagazu co my. No prawie nikt... Znalazlo sie jeszcze dwoch takich magikow. Kazdy z nich byl wyposaony w plecak, dwie walizki, i kilka podrecznych reklamowek z jedzeniem i ksiazkami na droge. Co wiecej wszyscy czterej trafilismy do jednego przedzialu. Od tej pory, przez najblisze cztery dni musielismy wybierac: albo lezenie w kuszetkach i zatarasowane wejscie do przedzialu, albo kuszetki zawalone walizkami, ale za to mozna wyjsc z przedzialu na korytarz. Po szybkim zapoznaniu, okazalo sie, ze towarzysze naszej podrozy to ksieza. Obaj uznalismy to za dobry znak, zwlaszcza, ze w sasiednim przedziale obczailismy 3 zakonnice. Nic juz nam nie bylo straszne, bosmy przeciez wsrod swoich. Po jakis 30 minutach upychania bagazow po katach, kiedy myslelismy, ze juz wszystkie przygody za nami i mozemy spokojnie zabrac sie do jedzenia kolacji, zajrzal do naszego przedzialu jeden z dwoch prowaditieli. Ostrzagano nas, ze na Wschodzie nie wiele moze sie udac bez lapowek, no ale nie spdziewalismy sie, ze Wschod zaczyna sie po drugiej stronie Wisly:) Ledwo opuscilismy Warszawe, a jeden z kazachskich kierownikow pociagu zazadal od nas, choc tak tego nie nazwal, lapowki. Chodzilo o bagatela 100 dolarow. Inaczej mialy nam grozic rozne nieprzyjemnosci na granicach, a zwlaszcza w Rosji. Po krotkich negocacjach zbilismy cene do 20 dolarow od lebka w zamian za gwarancje spokoju na wszystkich 8 przejsciach granicznych. Tak doradzily nam zakonnice, ktore co roku jezdza na trasie Astana-Warszawa. Po prostu prowadnicy znaja pogranicznikow i moga im wskazac, ktory przedzial nalezaloby skontrolowac dokladnie, a ktory zostawic w spooju. W kazdym razie tak sobie wyobrazamy ten mechanizm.

Ksieza okazali sie dla nas wprost idealnymi kompanami - apetyt, milosc do spania i absolutna nieznajomosc ruskiego czyli nasze lustrzane odbicia. W przedziale duzo sie jadlo, pilo i modlilo. Czyli wsio normalno:) A tak swoja droga to z tym "wsio normalno" tez bylo smiesznie. Czesto pytano nas po drodze czy u nas wsio normalno, czy pociag normalny, czy dziewczyny w Kazachstanie normalne itp.? Wietrzylismy w tym jakis azjatycki kompleks wobec Europy. Wydawalo nam sie, ze zadajacy takie pytania zadaja od nas certyfikatu normalnosci dla tego, co zastalismy w Kazachstanie, ze chca uslyszec, ze u nich wszystko taki same (czyli tak samo dobre) jak w Europie. Dopiero potem sprawdzilismy w slowniku, ze zwrot "wsio normalno" oznacza "wszystko w porzadku" i pytanie czy pociag normalny bylo wyrazem zyczliwosci ze strony kierownika pociagu, ktory pytal czy niczego nam nie brakuje. Powyzszy pasus dedykujemy oczywiscie Marysi Werner:)

Dni mijaly nam bardzo szybko - na spaniu, jedzeniu (mielismy mala, turystyczna kuchenke gazowa - zamykalismy sie w przedziale i gotowalismy sobie a to golabki, a to klopsiki, a to jakis pyszny gulasz), brewiarzu, czytaniu ksiazek i codziennych Mszach Swietych. Zaprzyjaznilismy sie z naszym dewo-towarzystwem i to chyba dzieki niemu podroz wspominamy jako bardzo, ale to bardzo przyjemna i wesola.

Zgodnie z obietnica prowaditiela nie mielismy zadnych problemow na przejsciach granicznych; no moze poza malymi lapsusami natury jezykowej. Ale o tym, ze gdy na granicy Rosjanie pytali nas o wiesci pokazywalismy gazety zamiast rzeczy osobistych, nikt chyba dlugo nie bedzie pamietal:) To nie nasza wina, ze po rusku i po polsku te same slowa nie znacza tego samego:)

Jechal z nami ks. Grzegorz - ksiadz z diecezji poznanskiej. W maju pojawila sie w jego sercu mysl o tym, zeby pojechac na Wschod na misje. Liczyl na to, ze najpierw na rok trafi do warszawy, do osrodka przygotowujacego do wyjazdu misyjnego i wyjedzie gdy pozna juz jezyk i realia zycia w Kazachstanie. Ale astanski biskup - wobec deficytu kaplanow w Kazachstanie- uznal, ze nie mozna zwlekac i wyslal ks. Grzegorza od razu do pracy w kazachskiej parafii. Drugim znajomym z przedzialu byl o. Marcin, Chrystusowiec ze Szczecina. Jechal na 3 lata do Czkalowa wymienic swojego wspolbrata . Oprocz tego w pociagu jechaly z nami trzy zakonnice. Miedzy innymi karmelitanka Dorota. W tej chwili w Kazachstanie zyja 4 siostry karmelitanki. Przymierzaja sie one do zalozenia klasztoru na polnocy Kazachstanu w Oziornem (najwieksze katolickie sanktuarium w Kazachstanie - Matki Bozej Krolowej Pokoju). Do czasu pobudowania klasztoru siostry te zyja oczywiscie w klauzurze. Do Oziornego jechala tez s. Lidia - sluzebniczka. A trzecia siotra - Paschalia - towarzyszyla ks. Marcinowi do Czkalowa. Jak tak patrzy sie na cala piatke, na to, ze zostawili cieple posadki w Polsce i zamienili je na prace wsrod ubogich na stepie, to na prawde nabiera sie przekonania, ze z tym chrzescijanstwem to musi byc prawda. Dlatego podroz byla tez dla nas duza lekcja wiary.

No i wreszcie w srode wieczorem, po czterech dniach jazdy, wyladowalismy na dworcu kolejowym w Astanie. Zeby nie bylo nam za dobrze, pociag do Almaty mielismy dopiero za kilkanacie godzin. Czekala nas noc w stolicy Kazachstanu. Skazani bylismy na pobliski hotel. Co gorsza okazal sie on duzo drozszy niz zapowiadal przewodnik Lonely Planet. Tak czy inaczej nie mielismy wyboru - wybralismy najtanszy, piecioosobowy pokoj. Nad ranem okazalo sie, ze noc spedzilismy w towarzystwie 2 polakow - ojca z synem - ktorzy od 3 tygodni podrozuja po Wschodzie. Zostawilismy pod ich opieka nasze bagaze i poszlismy na krotki spacer po miescie. Astana nie zrobila na nas ogromnego wrazena, choc podobno powinna. Byc moze trzeba tu pobyc dluzej, zeby docenic uroki miasta, a moze nie dotarlismy do miejsc, ktore powinnismy zobaczyc. Nam dany byl tylko dwugodzinny spacer. Potem cos przegryzlismy i po 13-tej zapakowaismy sie do pociagu relacji Astana-Almata. Tym razem nie bylo juz tak dobrze, choc narzekac nie mozemy - pociag nie mial przedzialow i wszyscy pasazerowie jechali w jednym wagonie - jest to typ pociagu platzkarta, oczywiscie najtansza :). Na szczescie Kazachowie to strasznie sympatyczni ludzie. Prowadnik pociagu ciagle nas pytal czy wszysko w porzadku, a wspolpasazerowie ciekawili sie po co i gdzie jedziemy do Kazachstanu. Duzo satysfakcji dostarczyla nas rozmowa z grupa dziewczyn z Rosji i Kazachstanu, ktore jechaly na Almaty na wystepy swojego teatru. Dlaczego? Bo okazalo sie, ze jestesmy w stanie rozmawiac po rosyjsku przez dwie godziny i co wiecej sie dogadywac:) No moze po rosyjsku mowily bardziej one niz my, ale tego, ze sie bylismy w stanie dogadac nikt nam nie zabierze:) Pierwsze lody z jezykiem rosyjskim zostaly wtedy przelamane, a byl to dopiero poczatek naszych lingwistycznych sukcesow. I niech Michalski nam jeszcze raz powie, ze nie mamy talentu do jezykow!:)
Po nocy spedzonej w pociagu dotarlismy na miejsce. Na peronie czekal na nas Kazik Blankiewicz, ktory od roku mieszka i studiuje w Almaty. Nie wiemy jak bysmy sobie poradzili w pierwszych dniach bez jego pomocy. Zatem z tego miejsca serdecznie dziekujemy!

Subskrybuj zawartość